Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
 
Menu główne
Witaj
Login:

Hasło:


Zapamiętaj mnie

[ ]
[ ]
[ ]
Świadectwo Alkoholika
Świadectwo Alkoholika
Nazywam się Henryk Marczak. Jestem alkoholikiem. Nie piję już 25 lat.

Jak i od czego zacząć? Jest to trudne i nie zrozumiałe, jak życie, ale wierzę, że Duch Święty będzie prowadził moje myśli i przedstawię to wszystko w kolejności, jak było i do czego doszło. A finał będzie przed Panem z całym bagażem życia.

Dzięki mojej mamie byłem dobrym katolikiem. Pracując 1100 m pod ziemią, czułem zawsze obecność Przenajświętszej Panienki przy mnie. Wiedziałem, że mnie prowadzi. Pracowałem w przodku, najbardziej niebezpiecznym miejscu kopalni.
Był rok 1983- październik. Pracowałem na nocnej zmianie. Po pracy, około godz.6 30 wróciłem do domu na odpoczynek, aby ponownie o godz. 22 00 wrócić do pracy. Przed godz.20 moja dwuletnia córeczka zaczęła mnie prosić: tatuś, nie idź do pracy. Zacząłem jej tłumaczyć, że muszę iść do pracy. Po chwili zaczęła płakać: Tatuś nie idź do pracy. Wtedy mój sześcioletni synek podszedł do niej i szarpnął ją za rączkę tak mocno, że w łokciu mocno spuchła. Musiałem z nią pojechać z Polkowic do Lubina, 16 km, na pogotowie. Lekarze zajęli się nią. O godz.23 00 zadzwoniłem do sztygara zmiany, że nie będzie mnie w pracy, ponieważ jestem z dzieckiem na pogotowiu. Przekazał mi, że dadzą sobie radę, ponieważ jeden przodek nie będzie strzelany i przerzucą jednego górnika na mój. Po powrocie do domu długo nie mogłem zasnąć. Nazajutrz rano dowiedziałem się, że był zawał w moim przodku i dwóch moich kolegów zginęło. Wierzę w to, że Przenajświętsza Panienka, przez moje dzieci, wybawiła mnie od śmierci.
Chwała Panu. Chociaż bardzo rozpaczam za tymi, co zginęli.
Aż z tej drogi ściągną mnie alkohol.

ALKOHOLOWY ŚWIAT
Zaczęło się od imienin. Wszyscy przynosili wódkę do pracy. Po szychcie zaczynała się impreza po kątach w firmie. Po libacji szedłem do domu. Inni szli jeszcze do restauracji, bo było im mało. Na drugi dzień nie było ich w pracy. Załatwiali zwolnienia, usprawiedliwienia. Po jakimś czasie już ich nie było, porzucili pracę ze względu na alkohol. Imprezy imieninowo - urodzinowe nadal się odbywały. Pokochałem swoich kolegów i po każdej kolejnej imprezie po pracy ruszałem z nimi do knajpy. Przecież nie mogłem ich opuścić, byli dla mnie najważniejsi. Po jakimś czasie nie poszedłem do pracy, nie byłem w stanie. W domu jakaś dziwna atmosfera. Żona nie zwraca się do mnie jak należy, jakieś fochy stroi. Mówiłem sobie: co ona sobie wyobraża, przecież ciężko na nią pracuje i też jakieś rozrywki mi się za to należą. A jak coś się jej nie podoba, to nie musi się odzywać. A ja idę do knajpy na jednego, bo mnie niepotrzebnie zdenerwowała. Spotkałem kolegów, zasiedliśmy do stołu i po secie jednej, drugiej i którejś tam z kolei. Koledzy też mają problemy: te baby nasze są nic nie warte, trzeba zacząć je wychowywać, bo w końcu na nie pracujemy, przecież my chcemy mieć spokój, bo tak ciężko pracujemy. A z kolegami musimy się od czasu do czasu napić, przecież głupie baby nas nie rozumieją.
Nie znałem jeszcze języka, jakim koledzy się posługiwali, ale kolega dla kolegi zrobi
wszystko. Mieliśmy „spotkanie” z policja, wtedy jeszcze milicją.
Policja wymyśliła sobie jakieś wulgarne słowa, że niby je używamy, ale to wszystko po to, aby się do nas „doczepić”. Uderzyli mojego kolegę pałką. Ruszyłem na ratunek, powaliłem kilku policjantów i uciekliśmy stamtąd. Nie znaleźli nas, ale na jakiś czas trzeba było zmienić lokal, a że był okres letni, mogliśmy przyjemnie spędzać czas z flaszeczka na łonie natury. Było fajnie, byliśmy we czterech zżyci jak bracia, krew z krwi, kość z kości, jeden za drugim w ogień. Po jakimś czasie po pracy wzięliśmy wypłaty, skierowaliśmy się do monopolowego po trunki, ale tyle, aby nam nie brakło. Zaopatrzenie w zakąski też obfite, poszliśmy szczęśliwi na łono natury. Daliśmy w palnik tak, że zasnąłem. Po obudzeniu oczywiście, radośnie krzyknąłem: pobudka wstawać, bo wódka szkłem przejdzie, chcecie się potruć? Wypiliśmy po jednym, temat zaczął się na nowo, sięgnąłem do kieszeni, od spodu kurtki: portfela z wypłatą nie było, Na pewno musiał mi gdzieś wylecieć, jak płaciłem. Przecież koledzy mi nie ukradli. Zaraz pomoc koleżeńska ruszyła poskładali się: a na druga wypłatę nam oddasz, postawisz flaszeczkę i będzie ok. Przez następny miesiąc pracowałem w wolne soboty i niedziele. Oddałem wypłatę do domu i oddałem pieniążki kolegom. Zarobiłem podwójnie, miałem dodatkową premię. No a koledzy za serdeczną pomoc? Musiałem odwdzięczyć się, więc kupiłem kilka butelek wódki i zaczęła się impreza. „Pociągałem” za długo, zwolnili mnie z pracy: jak mogli takiego pracownika!. I rozstałem się z tą grupą. Potem na trzeźwo pomyślałem, że przecież nie mogłem tych pieniędzy zgubić. Chyba mi musiał któryś wyjąć, gdy spałem, lecz za rękę nie złapałem. Zrobiło się przykro. Podjąłem następną pracę.
Chwilę już nie piłem, a w domu baba nadal się nadyma i nie chce normalnie żyć i szanować chłopa. Przecież już ze dwa tygodnie nie piję. Byłem ze trzy razy na spacerze z dziećmi, czego ona jeszcze chce?. Nie nadaje się do życia i tylko nerwy mi szarpie. Poznałem nowych kolegów, zaprzyjaźniliśmy sie, życie nabrało sensu. Wyjechałem z pracy na kontrakt za granice do kopalni. Trafiła się nowa dziewczyna. Żona dowiedziała się o wszystkim. To był tylko przypadek, naprawdę myślałem o naprawie rodziny, a tu się wszystko zawaliło. Zjechałem z kontraktu. Dopiero później wyjaśni się, jak daleko było od naprawienia wszystkiego w rodzinie.
Doszedłem do wniosku, że krzywdziłem swoja rodzinę, tych, których najbardziej kochałem. Mimo tego wszystkiego bez przerwy ktoś przy mnie był. Czułem to, bo gdy miałem zrobić coś złego, nachodziła potężna myśl: nie rób tego i to mnie hamowało. Gdy wytrzeźwiałem, dziękowałem Bogu.
Jednak alkohol nadal był na pierwszym miejscu. Gdy kładłem sie pijany spać w nocy, nieustannie na pierwszym miejscu był pacierz, miałem to zakodowane od małego. Mówiłem go, zasypiałem, budziłem się i zaczynałem od nowa, bo nie pamiętałem, czy skończyłem i tak do rana, aż wytrzeźwiałem.
Tak było do czasu, kiedy zrozumiałem, że musze odejść, bo rodzina moja zbyt cierpi. Wyjechałem z myślą, że wszystko wróci, że uda się naprawić, ale straciłem nadzieję na powrót do rodziny, gdy żona powiedziała kategorycznie- koniec. Zanurzyłem się w alkoholu całkowicie, aby z sobą skończyć, ale nadal ktoś przy mnie był. Postawił człowieka na mojej drodze. Na melinie zaczął opowiadać o leczeniu z alkoholu. Zapaliła się we mnie iskierka nadziei, mimo że nie widziałem swojej przyszłości. Ale następnego dnia rano postanowiłem i poszedłem do szpitala, aby poddać się leczeniu.
I tak się stało, zaczął się pierwszy cykl leczenia- detoks. W grupie byli ludzie z jednodniowym stażem, tak jak ja i miesięcznym i tacy, którzy byli już w abstynencji dość długo, ale nie pamiętam ile. Zacząłem kombinować, nie mówić prawdy, ale ich nie dało się oszukać, bo oni już to przechodzili. Sprowadzili mnie do parteru, stałem się taki mały, jak pyłek na podłodze, którego miotła nawet nie zahaczy. Musiałem wyznać całą prawdę, aby móc dalej z nimi zostać i zmienić swoje życie. To był warunek. Wysłuchałem wielu opowiadań przebywających tam pacjentów, co przeżywali, gdy alkohol przestawał działać, a zapasu nie mieli. Wypowiedź kolegi z Głogowa:
„ Pierwszy dzień- obudziłem się po południu, zapadał zmrok, do mojego pokoju wchodzi czarownica mała, może z 50 centymetrów, z dużą głową, z czerwonymi policzkami, w chustce kolorowej, mówi: robimy dzisiaj u ciebie dyskotekę. Mówię do niej: nie będzie tu żadnej dyskoteki, idź sobie do sąsiada. A ona na to: Jak nie pozwolisz, to zwierzaki cię zjedzą. Mignęła różdżką, pokazała mi je, wystraszyłem się, pozwoliłem. Miś mojej córeczki siedział na kwietniku, zaczął grać na akordeonie, Dwa zające, co stały na szafce, zaczęły walić w bębenki, a z szafy wyszedł wilk, grając na gitarze. Czuję zmęczenie, chcę spać, ale czarownica mi nie pozwala. Gdy tylko zamkniesz oczy, to zwierzaki cię napadną –ostrzega. Mówię do niej, że chcę do toalety: możesz iść- powiedziała, ale światła nie zapalaj, bo zwierzaki tylko na to czekają. Poszedłem i wróciłem, nie zapalając światła, położyłem się na wersalce. Pytam: jak jesteś czarownicą, to powiedz, czy teraz kupię moim córeczkom kożuszki na zimę. Kupisz- powiedziała, mignęła różdżką i na ścianie ujrzałem moje dwie córeczki, jak idą pod górkę z sankami w pięknych kożuszkach. Zniknęły, jestem bardzo zmęczony. Proszę czarownicę, żeby poszli grać do sąsiada, bo już rano -słyszę autobusy jadące na godz. 6 00 do pracy, ale nie zgodziła się. Po jakimś czasie zniknęła. Wszystko wróciło do normy. Ubrałem się poszedłem do piwiarni, może coś na „krzywkę” wypiję. Wróciłem po południu, położyłem się spać. Pod wieczór obudziłem się, leżę na wersalce. Patrzę, a spod szafy wysuwa się potężny wąż we wszystkich kolorach. Sunie do mnie, wsuwa się pod kołdrę, a ja wyskakuję z wersalki na stół. Spojrzałem na szafę, a tam zwierzak wielkości piłki do kosza, cały kudłaty, z dużą paszczą i ostrymi zębami, na krótkich nogach. Już są trzy, jeden skoczył na wersalkę i do mnie. Wyskoczyłem z pokoju, zwierzaki za mną. Złapałem kurtkę w przedpokoju, na klatkę schodową, one za mną. W samych slipach uciekam na dół. Doleciałem do drzwi klatki schodowej, szarpię, ale nie mogę otworzyć. Zwierzaki doleciały do mnie, zaczęły gryźć po nogach. W końcu pchnąłem drzwi, otworzyły się i wyleciałem na zewnątrz. Pośliznąłem się na lodzie – miałem gołe stopy. Upadłem na plecy. Poderwałem się, bo jeden wskoczył mi na głowę, złapał mnie za włosy. Nie mogłem go oderwać. W końcu mi się udało, rzuciłem nim daleko. Ale na placu rosną iglaki -kulki, zaczynają zmieniać się w te zwierzaki, gonią mnie. Skierowałem się w kierunku śmietnika, aby na niego wskoczyć. Tam mnie nie dosięgną. Ale ze śmietnika wyszedł duży niedźwiedż i wprost na mnie. Odbiłem w druga stronę, uciekam przed siebie. Naraz przede mną stanął potężny goryl z dużymi ślepiami. No, temu już nie ucieknę, to już koniec. Ale przypomniałem sobie o koledze, który obiecał, że mi pomoże. Mieszkał w następnym wieżowcu. Popędziłem do niego po schodach, zwierzaki za mną. Wpadłem do jego mieszkania wystraszony, zamknąłem drzwi. Kolega podszedł do mnie. Wiedział, o co chodzi, znał ten problem. Powiedział: chodź do pokoju, położysz się u mnie. Weszliśmy do sypialni, mówi: połóż się. Odkrywa kołdrę, a tam roi się od węży i innych gadów. Wyskoczyłem do przedpokoju, chciałem uciekać, ale w drzwiach stanął olbrzymi goryl. Kolega podszedł do mnie, chwyciłem się go i nie puściłem. Staliśmy objęci do rana. Omamy minęły, wróciłem do domu poobdzierany, nogi, plecy, Pomyślałem, że to już koniec, muszę szukać ratunku. Ubrałem się i poszedłem do przychodni. Powiedziałem, co się ze mną dzieje. Dostałem zastrzyk, kilka tabletek i adres do szpitala na odwyk w Złotoryi. Wróciłem do domu. Po tym zastrzyku zasnąłem, obudziłem się rano. Zobaczyłem węża pod szafą, wziąłem szybko dwie tabletki z czterech, które dostałem w przychodni. Ubrałem się, nie jadłem, bo nic nie było oprócz wody w kranie. Napiłem się i poszedłem na przystanek, aby dojechać do Złotoryi. Stoję na przystanku w Głogowie, czekam na autobus czerwony do Legnicy. Po chwili, zauważyłem niedźwiedzia jak się zbliża, zamknąłem na chwile oczy, niedźwiedź zmienił się w samochód. Pomyślałem muszę wziąć tabletkę, Włożyłem rękę do kieszeni, a tam szczury. Jeden mnie ugryzł w palec. Wyszarpnąłem rękę z kieszeni. Wtedy podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Powiedział: kolego, masz problem, to ci pomogę i wyjął mi tabletkę z kieszeni. Po paru minutach doszedłem do siebie. Przyjechał autobus, wsiadłem. Przed Legnicą zauważyłem węża pod siedzeniami, szybko zażyłem tabletkę, odpuściło. W Legnicy przesiadłem się na drugi autobus do Złotoryi. Przed Złotoryją zaczęły zbliżać się do mnie zwierzaki. Wyskoczyłem na pierwszym przystanku. Bałem się, żebym przez omyłkę nie zaatakował kogoś w autobusie, bo nie miałbym gdzie uciekać. Ale jedna myśl dawała mi siły, jak najszybciej do szpitala. Nie wiem jak długo i którędy, dobiegłem przed szpital. Stoję przed szpitalem, ale nie mogę wejść. W bramie stoi potężny niedźwiedź, ale ja przecież muszę jak najszybciej. W pewnym momencie niedźwiedź obrócił się tyłem do mnie. Postanowiłem, że przejdę przez plot z siatki wysoki na 4 metry. Byłem już bez kurtki i bez butów, gdzieś pogubiłem i udało się. Przeszedłem, niedźwiedź nawet nie zauważył. Dostałem zastrzyki. Minęło całe popołudnie i wieczór – spokój. Rozmawiam z kolegami alkoholikami. Wieczorem kładziemy się spać położyłem głowę na poduszce. Po chwili patrzę, a z sufitu lecą mi na twarz dżdżownice obślizgłe. Zrzucam je z twarzy. Podrapałem się do krwi. Dostałem jeszcze jeden zastrzyk, po chwili spokój. Położyłem się i poczułem, że coś z poduszki wchodzi mi do ucha. Rozdarłem się nieprzeciętnie, rzuciłem poduszką. Koledzy zaczęli mnie uspokajać. Jeden podszedł do mnie, dał mi swoja poduszkę i powiedział ja na niej śpię już tydzień i w niej robaków nie ma. Położyłem się na niej i zasnąłem. To był ostatni mój lek i zrobię wszystko, aby tak było”.
Drugi kolega zaczyna: “Jestem w domu- melina nie dom. Nie ma alkoholu, wyszedłem przed klatkę, nikogo nie widać, a muszę się napić. Nie mam pieniędzy. Wróciłem, stoję i czekam, może ktoś przyjdzie chociaż z piwem, bo cały się trzęsę. Po chwili patrzę, a ściana leci na mnie. Zaparłem się i trzymam z całych sił. Ze ściany zaczynają wychodzić białe myszy. Jestem cały mokry, wykończony. Ściany nie mogę puścić, bo się wywróci, nie zdążę uciec i przygniecie mnie. Trzymam resztkami sił. Myszy zaczynają mi wchodzić przez nogawki do spodni, zaczynają mnie gryźć. Zaczynam krzyczeć, już nie mogę, ścianę puszczę i mnie zgniecie. Ktoś do mnie wchodzi, to koledzy z wódką. Mówią: masz napij się. Odpowiadam: ale trzymajcie ścianę, bo się wywróci. Nalali mi szklankę wódki, była najsmaczniejszym napojem, jaki w życiu piłem. Nazajutrz trafiłem tu do Was”.
Następny powiedział też parę słów o sobie: „Do mnie w tym stanie przychodziły Chińczyki w kapeluszach, takich, jakie maja, ale malutkie takie po 20 cm. Było ich coraz więcej. Wziąłem worki i łapałem ich do worka. Jak był pełny, to zawiązywałem i brałem następny. Żona musiała łapać ze mną musiała mi pomagać, bo sam bym sobie nie poradził. Więcej nie powiem, mam już dość tego. Nawet mówić się boję. Koniec z tym, już nigdy do tego nie wrócę”.
Następny powiedział parę słów: „ Byłem w domu. Patrzę przyleciało Ufo. Przed oknem wysiadł jeden, wszedł do mieszkania, położył się koło mojej matki, objął ją. Rzuciłem się na niego, aby ratować matkę. Przez to wszystko omamy minęły. Patrzę, a ja duszę własnego ojca, a matka nie może mnie od niego oderwać. I od razu ruszyłem tu do szpitala”.
Zmobilizowało to następnego, do wyrzucenia z siebie tego, co go sprowadziło do nas: „Jestem w pijalni, oczywiście, że nie soków pijemy, z kolegami piwko. Przyszedł taki jeden, co to zawsze sam pił nigdy nie postawił nikomu. Chyba nie miał kasy, stał sam przy stole i patrzył. Stoły były wysokie, mieściło się przy nich ośmiu piwoszy, piliśmy dalej. Po pół godzinie jeden z naszych mówi, postawmy mu piwo, w końcu to człowiek. Była duża kolejka musieliśmy poczekać, po chwili od jednego stolika odszedł, zataczając się pijak. Pozostawił niedopite pół kufla piwa, nasz obserwowany podszedł i jednym duszkiem wychylił pozostawiony browar. Po chwili wyprostował się i upadł, zaczęło nim trzepać. Walił głową o posadzkę, podlecieliśmy, by go przytrzymać, żeby się nie zabił. Przestał się trzepać, już się nie ruszał. Przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon. Dostał padaczki alkoholowej połknął język i udusił się. Coś we mnie wstąpiło, momentalnie pomyślałem o swojej żonie i dzieciach, przecież on też je miał. Co teraz z nimi będzie, zostawiłem piwo i bez słowa odszedłem od kolegów. Zaczęli mnie wołać, abym zawrócił. Pomyślałem, najwyższy czas, abym zawrócił, ale nie do kolegów, tylko do swojego życia.. Poszedłem do parku, usiadłem na ławce i zobaczyłem małżeństwo idące z dwojgiem dzieci. Rodzice trzymali się za ręce, spoglądali na siebie, dzieci figlowały. Ogarnął mnie wielki żal, rozpłakałem się. Moje myśli szybko wróciły do czasu narodzin pierwszego dziecka, a mam ich dwoje. Zastanowiłem się przez chwilę, przecież nie pamiętam narodzin drugiego dziecka, nie pamiętam uśmiechu mojej żony, a przecież miała taki piękny uśmiech i radość w oczach. Od dawna tego już nie widziałem. Boże mój, czy zdołam to jeszcze naprawić”. Rozpłakał się i tak zakończył swoje opowiadanie.

Po wysłuchaniu tych zwierzeń, miałem gęsią skórę. A co przeżyły ich rodziny?. Skąd te żony biorą siłę do życia. Chyba z miłości i z tej choroby, bo zdrowa kobieta nie wytrzymałaby tego. Po miesiącu wiedziałem, że chcę przestać pić.
Siny nos się napił,
do domu nie kwapił.
I lezie po płocie
Buch, znów leży w błocie.
Patrzą starsi, patrzą dzieci.
Patrzy pies, co drogą leci.
Czy to człek jest, czy to zwierzę?
Trudno poznać, mówiąc szczerze.
Marna dola jest pijaka.
Mówiąc krótko, siąść i płakać.
Więc niech każdy mi uwierzy:
Wódka nie jest dla młodzieży.
Więc uwierzcie tej przestrodze,
bo was życie skara srodze.


NARODZIŁEM SIĘ NA NOWO
Był rok 1985. Nachodziły myśli o żonie i dzieciach, ale bałem się tych myśli, powiedziałem sobie, że mogę coś jeszcze zrobić dobrego, obojętnie komu, za to wyrządzone zło. Zacząłem się o to modlić. Od tej pory poczułem, że Przenajświętsza Panienka jest przy mnie, że nie odeszła ode mnie i że mnie nie opuści. I pod Jej opieką, pod tym natchnieniem, napisałem list do żony z prośbą, aby mnie odwiedziła w szpitalu. Dzięki BOGU, tak się stało, przyjechała z dziećmi. Po zakończeniu leczenia, wróciłem do rodziny. Dziękowałem Bogu, Mateńce i chyba Wszystkim Świętym. Poszliśmy do klubu abstynenta. Moja rodzina ruszyła z całym poświeceniem, aby mi pomóc i odzyskać męża i ojca dla dzieci. Po jakimś czasie, poprosiłem żonę i dzieci, aby poszli ze mną do kościółka i tam z ogromna prośbą i podziękowaniem Przenajświętszej Panience, złożyłem przysięgę, że nie wrócę już na drogę zakrapianą alkoholem i grzechem.

A teraz ty, który wchodzisz w to, co cię teraz czeka- leczenie, głęboko oczyść swój umysł i serce, aby to wszystko mogło się zakorzenić w tobie, aby nikt nigdy więcej nie cierpiał przez ciebie (i ty sam również). Wyobraź sobie teraz: „W tej chwili idziesz z dziewczyną, trzymacie się za ręce .Macie piękne plany na przyszłość, widzisz je, bardzo ją kochasz. Idziecie dalej sami przez chwilę. Spotykacie twoich kolegów. I cóż? Teraz byś ją zostawił dla kolegów? Na pewno nie. A kiedyś to uczyniłeś, zostawiłeś ją i odszedłeś z nimi. Zrezygnowałeś z miłości, z marzeń, oszukałeś ją i dzieci. Patrzyłeś łotrze, co tobie się należy, więc powiedz to sobie i wbij do serca: moja rodzina to krew z krwi, kość z kości, za nich oddałbym życie. Postąp z kolegami tak, jak postąpiłeś kiedyś ze swoją żoną i rodziną, odrzuć kolegów. I tym możesz im pomóc. Może kiedyś, gdy będziesz siedział z małżonką w parku na ławeczce, podejdzie któryś z nich. I powie: pomóż mi, ty odpowiesz: nie daję pieniędzy na alkohol. Pomóż mu i powiedz, jak to zrobiłeś, że jesteś z żoną i dziećmi. Więc mu powiedz, jak ja tobie to przekazuję i niech Cię Bóg prowadzi.

W klubie abstynenta jest ta sama zasada, jak na leczeniu z alkoholu w szpitalu. Polega na całkowitym zaufaniu i prawdzie. O tym wielu zapomina i źle na tym wychodzą. Po drugie momentalnie chcą wszystko nadrobić- chodzi o sprawy finansowe. Pomyśl o tym, że kiedyś twoja sytuacja finansowa była dobra, ale się stoczyłeś, a to błąd. Na pierwszym miejscu jest naprawa stosunków rodzinnych, ustawienie swojej pozycji w rodzinie poprzez zaufanie, które ciężko będzie odbudować, aby rodzina poczuła się bezpieczna w twojej obecności. Żeby mogli na ciebie liczyć, a później odbudowanie miłości. Pamiętaj, że to tylko zależy od Ciebie, jaka blizna zostanie po tobie w sercu rodziny. Możesz to uzyskać przez uczciwość, poszanowanie społeczności klubowej i modlitwę, która da ci wiarę i siłę, do pomocy innym. A to cię wzmocni, bez tego nie dasz sobie rady. Tobie też pomogli, a długi trzeba spłacać. Trzeba pamiętać, aby nie krytykować innych, a zwracać uwagę prosto w oczy i nie z gniewem, lecz z chęcią pomocy, bo tylko tym sposobem można dojść do porozumienia. Trzeba pamiętać o tym, że nie jesteśmy nieomylni. Nam też ktoś może zwrócić uwagę. Przyjmijmy ją, jako pomoc od drugiej osoby i dziękujmy Bogu, bo dopóki ktoś nam zwraca uwagę, to jesteśmy jeszcze coś warci. Jak już przestaną, to źle się dzieje, idziemy złą drogą. A w końcu twoje dziecko powie:

Robi się ciemno, tatusia nie ma,
mamusia w oknie stoi i płacze.
A mnie tak mocno serduszko bije,
tak mocno bije, tak bardzo skacze,
że się sukienki trzymam mamusi,
bo mi tak smutno. Nie pij tatusiu.
Jutro mnie dzieci będą pytały,
skąd mam te sińce, za co dostałem.
Co ja im powiem?. Że tatuś pije,
I że mnie wtedy tak mocno bije.
I tak dokucza dobrej mamusi,
jest mi tak smutno, nie pij tatusiu.
Przez 25 lat abstynencji zauważyłem, że ci, którzy przyjęli zasady do serca są trzeźwi w stu procentach, nie zapijają. Jeżeli ktoś złamie jakąś zasadę, wpada w alkohol. Po chwili wychodzi, ale w rodzinie traci zaufanie. Żona będzie cię traktować „jak cię mogę”, ale dzieci utracą zaufanie i stracisz możliwość wychowywania ich. I nie oczekuj na stare lata szacunku od nich. Będzie już za późno, zmarnowałeś życie sobie i im.
A o tych, którzy nie słuchają, nadrabiają straty finansowe, patrzą tylko na siebie, nie warto pisać, można ich spotkać pod marketem „daj 20 groszy”, albo w opiece po datki.

ALKOHOLIK JEST TEŻ DOBRYM CZŁOWIEKIEM

Po paru latach zostałem prezesem klubu abstynenta. Pomagałem alkoholikom i ich rodzinom, a wspólnie z grupą mieliśmy pod opieką dzieci z ubogich rodzin i z domów dziecka. Klub nasz posiadał dwa autobusy, którymi dorabialiśmy na potrzeby klubu i wspomnianych dzieci. Organizowaliśmy dla nich wyjazdy na biwaki do wąwozu Myśliborskiego, na zawody pomiędzy domami dziecka, na wycieczki. Pomagaliśmy również dzieciom z domu dziecka w Ścinawie, choć krótko, bo go likwidowali.
Na pierwszy autobus otrzymaliśmy pieniążki z urzędu miasta za panowania dobrego burmistrza Przemysława Walczaka. Autobus kupiliśmy od PKS Lubin, w którym pracowałem jako kierowca autobusu. Kupiliśmy go bardzo tanio, sami wyremontowaliśmy. Zarejestrowany został na spółdzielnię kółek rolniczych, ponieważ nie mieliśmy osobowości prawnej. Współpraca układała się dobrze, czasami korzystali z naszego autobusu, ale za to robili przeglądy okresowe na swój koszt.
Drugi autobus kupiliśmy za grosze od kuźni Jawor ze względu na prowadzoną działalność. Byliśmy bardzo wdzięczni dyrekcji za chęć niesienia pomocy innym. Byliśmy wdzięczni również pani dyrektor Domu Dziecka w Polkowicach za pismo, z jakim wystąpiła do kuźni o obniżenie ceny autobusu. Byliśmy też wdzięczni policji z lotnej w Legnicy za wyrozumiałość i pozwolenie dojazdu autobusem do miejsca remontu bez pilota. I dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli: burmistrzowi Polkowic Przemysławowi Walczakowi, księdzu Jarosławowi Święcickiemu, policji w Polkowicach oraz mistrzowi świata w triatlonie Jerzemu Górskiemu z Głogowa.
Wszystko powoli zaczęło się układać. W klubie AA powstał młodzieżowy klub pod nazwą” Zefir”, gromadzący około 25 osób ze szkół ogólnokształcących i zawodowych. Mieli w klubie opiekę psychologa oraz nas, z dużym doświadczeniem, ku przestrodze na dalsze życie, W tym czasie powstało kółka krajoznawczo -fotograficzne, brydżowe, których zawodnicy zajmowali czołowe miejsca w rozgrywkach krajowych. Jurek Górski zwerbował grupę młodzieży Polkowickiej około 20 osób i trenował ich. W triatlonie zaczęli odnosić dobre wyniki, Jurek ściśle pracował z klubem Feniks i wspólnie działaliśmy w komisji przeciwdziałania alkoholizmowi. Pomagała nam bardzo pani kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Polkowicach, Pani Wróblewska – Grzegorzewska, będąc zarazem przewodniczącą komisji przeciwdziałania alkoholizmowi. Posiadając autobusy nie mieliśmy problemu z zawodami sportowymi wszystkich grup. Jeździliśmy na zawody po całym kraju. Zaczęło napływać coraz więcej młodzieży i rodzin uzależnionych. W klubie organizowane były wszystkie uroczystości, imieniny, urodziny, święta. Rozmawialiśmy na zebraniu zarządu o możliwości poszerzenia działalności, która miałaby za zadanie zorganizowanie miejsc pracy w klubie dla osób po leczeniu alkoholowym pełnym. Pomoc finansowa rodzinie, której alkoholik przebywałby na leczeniu, już otwartym. Po powrocie odpracowałby to. Wiązałoby się to z zarejestrowaniem stowarzyszenia i rozpoczęciem działalności gospodarczej na cele, jakimi klub zajmował się do tej pory i dodatkowe, jakie ustalilibyśmy w statucie. Ale to są plany. Organizowaliśmy także w rodzinach ubogich i członków klubu Mikołaja, który odwiedzał dzieci w domach. Dawało to im dużo radości, a ojcom pijakom coś do zastanowienia. Po takiej imprezie mikołajkowej, kilku ojców szło na odwyk. Chwała Panu za to, co się wydarzyło i wydarzy.
Po krótkim czasie umówiłem się z burmistrzem Polkowic. Przedstawiłem mu nasz klubowy plan z pytaniem, na jaką pomoc moglibyśmy liczyć z urzędu miasta i komisji przeciwdziałania alkoholizmowi. Przedstawiłem, jakie prace moglibyśmy wykonywać mając tokarzy w klubie. moglibyśmy wykonywać usługi i prace dla ZG Rudna początkowo już ustalone. w Dolzamet Głogów ogłoszono upadłość, więc jest możliwość zakupienia tanio tokarek i wszelkiego osprzętu. Potrzebowaliśmy 2 tokarki, po 3 butle tlenowe i acetylenowe i osprzęt spawalniczy, dwa komplety. Burmistrz Polkowic zatwierdził podanie na zakup sprzętu. Zarejestrowaliśmy Stowarzyszenie Samopomocy FENIKS, zakupiliśmy sprzęt załoga przygotowana. Księgową i kadrową została kierowniczka urzędu stanu cywilnego pani Grzegorzewska. Po pracy przychodziła do Feniksa i zajmowała się dokumentacją nieodpłatnie. Tokarze i spawacze również społecznie, dopóki nie staniemy na nogi. I zaczęło się to, czego się nie spodziewaliśmy. Odszedł nasz burmistrz, następcą został inny burmistrz i łącznie z główną księgową, zaczęli kopać dołki pod naszą organizacją. Po pierwsze musiała odejść od nas Pani Grzegorzewska, bo ryzykowała swoją pracą w urzędzie miasta. Urząd miasta za wszelka cenę chce nas zlikwidować- poinformował nas prezes firmy, który wydzierżawił nam stolarnię, w Kazimierzowej. Posiadał tam wszystkie pomieszczenia PGR-u. zaczął słowami: informuje was, że jest nacisk z urzędu miasta Polkowice, aby wam odebrać stolarnie, bo będę miał z wami tylko problemy. Odpowiedziałem im, że żaden urząd nie będzie kierował moimi ambicjami, nasza umowa jest wiążąca, bo to, co robicie, to w słusznej sprawie, a to, co bym chciał wam zrobić, to tylko pomóc. Stolarnie wydzierżawił nam na umowę wzajemnej pomocy. Polegałaby na tym, że w razie awarii maszyny, skorzystałby z naszych tokarek czy spawalni. Było tam trzy pomieszczenia. W jednym zrobiliśmy pomieszczenie na tokarki wylewając podłoże betonem i mocując tokarki, szlifierki itd. W drugim pomieszczeniu mieliśmy kuźnię i spawalnię, a w trzecim magazyn. Obok mieliśmy parking na autobusy, które już od dłuższego czasu zarabiały. Do ustalenia dokładności tokarek dostaliśmy zlecenie z PBKR Częstochowa. Wykonaliśmy zamówienie. Zarobiliśmy pierwsze pieniążki - ładną sumkę. Dokładność tokarek okazała się bardzo dobra, jak na obróbkę materiału dla ZG - Rudna. Udałem się na kopalnię Rudna do biura, w którym omawialiśmy poprzednio zlecenia dla ST Feniks w Polkowicach. Naszej perełki. Pracownik w tym biurze przejrzał wytyczne z dokładności tokarek, powiedział: to będziemy zaczynać, poinformuje kierownika, i wyszedł. Wchodzi kierownik, bez dzień dobry, zaczyna tymi słowami: Wy macie zatargi z urzędem miasta w Polkowicach i od nas zleceń nie dostaniecie i wątpię żebyście dostali w okolicy, my nie będziemy zadzierać z urzędem miasta, do widzenia. No i masz babo placek, za dwa dni odbywa się komisja Przeciwdziałania Alkoholizmowi. Miejsca w komisji zajmuję ja, jako prezes Feniksa, Jurek Górski -trener triatlonu i psycholog. Przychodzi jakaś kobieta. Okazuje sie, że poprzednia przewodnicząca komisji PA. Została zmieniona, a była nią od lat pani Grzegorzewska. Przyszła również pani główna księgowa urzędu miasta Polkowic i pan burmistrz . Nie pomogły nasze prośby. Jurek Górski powiedział: w takiej sytuacji nie będzie pracował na rzecz miasta Polkowice, z takimi ludźmi, a pani, pani księgowa za kilkanaście lat może sie pani obudzi, jak pani wnuk będzie tonął w narkotykach, ale już, nie będzie takich ludzi, jak prezes klubu Feniks, bo tacy jak pani pogrążą ich. A pan Panie burmistrzu jest tylko w zastępstwie, a narobił pan bałaganu, bo tylko chyba na to pana stać i to pan potrafi. Wstał i odszedł. Na drugi dzień ksiądz z parafii polkowickiej Jarosław Święcicki poszedł do burmistrza w tej sprawie i również przemówił mu do słuchu. Ale jeżeli ktoś nie ma cywilnej odwagi przyznać się do błędu przed samym sobą i naprawić go, to jest tchórzem i człowiekiem bez żadnej wartości, bo błąd każdy może popełnić.
Musiałem szukać innego ratunku. Wygrałem przetarg w firmie poznańskiej na demontaż i uprzątniecie centralnego ogrzewania oraz rur kanalizacyjnych, ( co dałoby by klubowi dodatkowe pieniążki za złom) w budynkach po armii radzieckiej w Legnicy. Zostało przeszkolonych i przygotowanych 14 ludzi do tej pracy i 2 spawaczy. Został tydzień do rozpoczęcia prac. Nowa przewodnicząca Komisji Przeciwdziałaniu Alkoholizmowi podstępnie wyciągnęła od członkini klubu Feniks, nazwę i telefon firmy w Poznaniu i przekazała z pewnością pani księgowej, która była tym bardzo zainteresowana. Za dwa dni miałem się spotkać z szefem tej firmy. Nie przyjechał. Nie mogłem tego dnia skontaktować się z nim. Następnego dnia po rozmowie telefonicznej przyjechał do Kazimierzowej, do naszej firmy. Powiedział mi, że otrzymał telefon z urzędu miasta Polkowice, że ci, z którymi zawarł umowę, to alkoholicy, którzy nie maja żadnego sprzętu do wykonania tych prac. Musiałem szybko szukać innej firmy i znalazłem. Byli już w Legnicy w koszarach, zaprowadziłem go do naszych warsztatów. Gdy zobaczył nasz sprzęt, nie mógł zrozumieć ludzi, którzy tak postąpili w stosunku do organizacji działającej w tak słusznej sprawie. Zaczął bardzo przepraszać. Powiedziałem: to już nam nie pomoże. Stowarzyszenie upadło, sprzęt został przekazany pod urząd miasta Polkowice. Do wypełnienia zobowiązań wobec dzieci z ośrodka pomocy został wyjazd ośrodka na biwak. Nie było już pieniążków na koncie. Klubowicze mieli już wszystkiego dość, byli zrezygnowani. Odeszła młodzież ze łzami w oczach, ksiądz i psycholog kazali mi to rzucić natychmiast. Twierdzili, że się załamię. Byłem wykończony psychicznie. Klubowicze pomagali mojej rodzinie, a ja musiałem zakończyć zobowiązania, pod jakimi sie podpisałem - wobec dzieci. Zacząłem zbierać złom i składać na podwórku Feniksa. Nazbierałem ponad 4 tony. Żeby firma skupu złomu zabrała go nieodpłatnie, musiało być 5 ton. Udałem się do tej firmy prosić o darmowy przewóz. Powiedziałem, na co potrzebujemy i wyrazili zgodę. Przyjechali, zabrali, pieniądze przelali na konto. To była moja ostatnia radość do łez, gdy przyszedłem wybrać pieniążki. Na konto wpłynęła podwójna suma, jaka się należała. Firma „Tom zbiera złom” od siebie dołożyła tę sumę dla tych dzieci. Prezes zaoferował dalszą współpracę z naszym klubem. Odpowiedziałem: Bóg wam zapłać, ale to już zgon Feniksa. Wycieczka dla dzieci była udana. Dodatkowo otrzymały paczki na pożegnanie. A ja postanowiłem opuścić Polkowice, dla własnego zdrowia. Za dużo było złych wspomnień. I tak Feniks po moim wyjeździe upadł. Nie miał chyba już nikt sił do prowadzenia klubu, a szkoda. Ale wiadomo, że Feniks odradza się z popiołów. Na pewno odrodzi się ponownie, oby za mego życia. Legenda mówi, że ci, co zniszczyli Feniksa, nie zaznają nigdy spokoju. Natomiast krótko po upadku klubu powrócił dawny burmistrz Polkowic, pan Stańczyszyn. Szkoda, że tak późno. Pod nadzorem tego człowieka, Feniks istniałby nadal. Ilu młodych ludzi nie sięgnęłoby po narkotyki, ile rodzin alkoholików otrzymałoby pomoc i wyszło z problemu. Ksiądz Jarosław Swięcicki również zmienił parafię
Złotoryja - zmiana miejsca zamieszkania. Otrzymałem podziękowanie od burmistrza Stańczyszyna, z Polkowic za prowadzoną działalność. Ja również mu dziękuje. Dziękuje takim ludziom jak p. Wróblewska p. Kurzynka, Karamucki, Kapituła, Adamek, Omietanski, Zujewicz, Matusik, Domagala, Sturlis, Broda, Skukowski,Madej i jeszcze parę osób z Polkowic.


DUSZE PROSZĄ O MODLITWĘ
Jest rok 1988 Pracuję jako kierowca autobusu w PKS Lubin. Pewnego razu zimą, robiłem kurs Polkowice- Wrocław -Polkowice, Polkowice-Sucha Górna- Polkowice oraz przewóz górników o godz. 21 30 na zmianę nocną do kopalni. Tego wieczoru o godz. 19 30 przyjechałem do Suchej Górnej. Wysiadło 2 osoby, padał śnieg, zacząłem spisywać bilety na zakończenie kursu. Poczułem, że ktoś za mną siedzi, słyszę wyraźny oddech. Po spisaniu biletów, zapytałem, dokąd sprzedać bilet, ale nikt się nie odzywa. Obejrzałem się za siebie - nikogo nie ma. Poczułem lęk, zapaliłem światło w całym autobusie, poszedłem sprawdzić. Nikogo nie było. Otworzyłem drzwi, nikogo nie widać, są tylko ślady na śniegu dwóch osób, które wysiadły. Jest godzina 19 50 czas odjazdu. Usiadłem za kierownicą, odpaliłem silnik i ruszam. Jak nigdy, nikt nie jechał do Polkowic? Jadę czując czyjąś obecność za mną. Dojechałem do Moskorzyna. Na przystanku nie ma nikogo, jadę do Tarnówka, nadal nikt nie wsiada. Ogarnia mnie lęk. Dojechałem „pusto” pod dom. Czuję nadal czyjąś obecność. Jest godzina 20 00, zamykam auto, idę na kolację do domu. Do 21 20 mam przerwę. To coś idzie za mną. Czuję to i słyszę oddech koło 1m za mną. Wchodzę do mieszkania. Mój piesek, który zawsze mnie witał, gdy wchodziłem do mieszkania, tym razem uciekł do pokoju stołowego. Wszedłem do łazienki obmyć ręce, piesek wszedł do sypialni, zapiszczał i uciekł. Zaczął ujadać. Żona z dziećmi wystraszyła się. Zacząłem opowiadać, do czego doszło. Po kolacji zbieram się do wyjścia. Rodzina boi się zostać, ale muszą. Wychodzę. Po paru krokach po schodach czuję, że to idzie za mną. Powiedziałem to żonie i uspokoili się. Doszedłem do autobusu, wsiadłem i ruszyłem. Nadal to coś jest za mną. Pojechałem na przystanek. Wsiedli górnicy, zawiozłem ich na kopalnię. Wysiedli, a to coś zostało ze mną. Zacząłem mówić:, jeżeli potrzebujesz modlitwy, to będę się za Ciebie modlił, więc idę teraz podbić kartę drogową, jak wrócę, a ciebie nie będzie, to rozpocznę za ciebie modlitwę. I tak się stało. Po powrocie nikogo już nie było. I to była pierwsza dusza, która przyszła do mnie po modlitwę. Następnym razem już się nie bałem.
Pewnej nocy, gdy spałem w domu w Polkowicach, we śnie stanęła w drzwiach pokoju moja koleżanka ze szkoły podstawowej Cecylia Jarosz. Miała w tym czasie około 35 lat. Ręce miała złożone i powiedziała „Heniu, módl się za mnie proszę cię, módl się” i odeszła powoli znikając. Modliłem się za nią kilka razy.
Moje życie wydawało się być spełnione. Byłem szczęśliwy i dziękowałem Panu Bogu, że mimo wyrządzonego zła, nie opuścił mnie i dzięki temu mogę dać tyle dobrego rodzinie i potrzebującym i sobie. Mogłem powiedzieć jestem szczęśliwy, Chwała Panu .
W kwietniu 1997 roku zmarła moja teściowa. Była dobrą matką i teściową, chociaż miała tam swoje widzi misie, ale musiała, bo była przecież teściową. Wiedziałem, że potrzebuje modlitwy. I od dnia jej pogrzebu postanowiłem codziennie odmawiać RÓŻANIEC przed śniadaniem i rozpoczęciem pracy. A więc miałem już dwie dusze potrzebujące codziennej modlitwy:
-teściowa Wanda Lendor
-koleżanka Cecylia Jarosz
Mijały miesiące, zmarł mój wujek brat mamy - powiesił się. Była to dla mnie tragedia. Pamiętam go od najmłodszych lat. Zawsze w każdą niedziele do kościółka zawsze uśmiechnięty, życzliwy dla wszystkich, dla ludzi i zwierząt. Nie miał życia lekkiego, miał żonę chorą umysłowo, ale nie oddał jej do zakładu, tylko opiekował się nią. Pod koniec sam już zaczął błądzić umysłowo i stało się. Nie dawało mi to spokoju. Mówiłem “Boże czy ta dusza nie będzie oglądać Twego oblicza?”. Przecież On nawet sadził dzikie czereśnie po okolicach, aby ptaki miały pożywienie wybacz Jemu Panie.
Minęło kilka miesięcy od pogrzebu wuja. Pewnej nocy we śnie jestem zawieszony w górze nad polem, widzę w pobliżu las. Buki tak ogromne, że sześciu ludzi musiałoby być, aby objąć jedno drzewo. Były czarne, opalone. Od czasu do czasu pokazywały się płomyki ognia na tych grubych konarach. Na ziemi ściółka też była wypalona, czarna i też od czasu do czasu przemykały po niej płomienie. Był to przerażający widok. Spojrzałem na wprost i ujrzałem stawy z czystą wodą. Było ich dużo, a miedzy nimi piękne zielone groble. Na trawie były ślady stóp. Wodziłem oczami po śladach i ujrzałem postać ludzką, idącą w kierunku wyjścia. Zobaczyłem, że te groble to labirynt. Spojrzałem w lewo i ujrzałem piękne miasto. Błyszczące jak ze złota i bardzo jasne. Pomyślałem: to ten człowiek chce się tam dostać. Usłyszałem głos: Heniu, pomóż mi, pomóż mi. Na tej grobli był mój wujek. Chciałem mu powiedzieć, jak ma wyjść z tego labiryntu, ale nie miałem głosu. Ucieszyłem się, że nie było go w tym strasznym lesie. Ufam Panu, że tym snem ulżył mi i pokazał jak bardzo Bóg nas umiłował i nie wtrącił mego wuja w otchłań. Tak doszła trzecia dusza do codziennej modlitwy- wujek Gancarz. Chwała Panu.




DUCHU ŚWIĘTY, PRZYJDŹ DO MNIE

Po pewnym czasie ks. Jarosław Święcicki przyszedł z prośbą, abym naszym klubowym autobusem zawiózł grupę odnowy w Duchu Świętym w rejon Kłodzka. Tam ma się odbyć zjazd grup regionu. Wyraziłem zgodę i pomyślałem: Te pieniążki będą już na paczki dla dzieci z domu dziecka. A grupa to na pewno stare babcie, jadą się modlić za zło panujące na tym świecie, za chorych, za własne rodziny. Przyszedł dzień wyjazdu, podjechałem pod kościółek nie dowierzam, młodzież z gitarami i troszkę starsi w moim wieku. Ciekawe - pomyślałem, załadowali się i jedziemy. Zaczęli śpiewać grać, a we mnie serce zaczęło się radować. Było bardzo przyjemnie, dojechaliśmy na miejsce pod kościółek, wysiedli. To był piątek, a w poniedziałek mam po nich przyjechać. Życzyłem im miłego spotkania. Ruszyłem z powrotem do Polkowic. W domu żona zrobiła mi kawę, usiadłem w fotelu, przymknąłem na chwilę oczy i ujrzałem odcinek drogi, którym już jechałem. Ponownie zamknąłem oczy i widzę drogę asfaltowa przez las i gdzieś jadę. Wystraszyłem się nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Żona nakładała obiad, więc powiedziałem jej o tym zjawisku. Poradziła mi, abym zamknął oczy i zobaczył, gdzie mnie doprowadzi. Tak też uczyniłem. Po chwili usłyszałem śpiewy tej młodzieży i już wiedziałem. Droga doprowadziła mnie pod sam kościółek. Wyjaśniło się, ale z sekundy na sekundę nasilała się chęć natychmiastowego powrotu do tej wspanialej rozśpiewanej grupy i jak się będzie to wszystko odbywać. Obiadu już nie zjadłem, to było silniejsze ode mnie. Musiałem tam jak najszybciej wrócić. Gdy dojechałem na miejsce, ci, którzy mnie zobaczyli, byli zdziwieni. Poprosiłem ich o modlitwę i cztery osoby modliły się nade mną. Wysłuchałem wielu świadectw ludzi, którzy powrócili na drogę Jezuska i jacy są teraz szczęśliwi. Moja dusza radowała się, ale czegoś mi brakowało do pełni szczęścia. Brakowało mi Spowiedzi Świętej i Komunii. Bardzo ciężko to przeżywałem podczas Mszy świętej. Powodem był ślub kościelny mojej żony z pierwszym mężem. Cierpiałem jeszcze przez wiele lat. Ale o tym opowiem w dalszym opowiadaniu.
Nadal uczestniczyłem w grupie odnowy w Duchu Świętym. Rozwijałem się duchowo. Podczas jednego ze spotkań, klęcząc, modliliśmy się z rękami podniesionymi do góry. W pewnym momencie poczułem lekki powiew wiatru, ruszyły się chorągwie. Pomyślałem, że ktoś otworzył drzwi i zrobił się przeciąg. Czułem, że ktoś za mną jest obecny od początku modlitwy. Z pewnością któryś z braci odnowy i został tknięty przez Ducha Świętego. Wywracając się popchnął mnie i upadłem na twarz. Zazdrościłem mu i pomyślałem: Boże, a kiedy mnie to spotka.
Po trzech latach. Jestem z dwoma kolegami w Niemczech w Gelsenkirchen na flomarku (na targu staroci). Mieliśmy wolne do poniedziałku. Poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Spojrzałem w lewo. Około trzydziestu metrów ode mnie stoi facet i uśmiecha się do mnie. Odwróciłem się i źle sobie o nim pomyślałem. Po chwili zastanowienia doszło do mnie, że ten uśmiech był życzliwy. Spojrzałem na niego i również się uśmiechnąłem. Podszedł do nas i zapytał: panowie z Polski? Tak - odparł kolega, A pan z Polkowic?- zwrócił się do mnie. Tak - odparłem - a skąd pan wie? Mam pana nagranego na wideo. Wszystko możliwe - odparłem - jeżdżąc autobusem przewożę wesela. Zapytał, czy mamy wolne, to zaprosi nas na obiad i porozmawiamy. Wyraziliśmy zgodę, zadzwonił do żony, aby przygotowała trzy obiady więcej. W rozmowie tej powiedział zdanie: jest ten, co był tknięty przez Ducha Świętego, naprawdę. Spojrzeliśmy na siebie we trzech. Wsiedliśmy z naszym nowym przyjacielem i pojechaliśmy do jego rodziny. Byliśmy przyjęci z serdecznością. Usiedliśmy, czekając na obiad. Nasz nowy przyjaciel opowiada, że przed trzema laty był w Polkowicach u swojego brata, który należy do odnowy w Duchu Świętym i nagrywał w kościele, jak to wszystko się odbywa. Ponieważ opowiadania brata rozpaliły w nim potrzebę przeżywania tego samego, chcieli założyć odnowę w Duchu Świętym dla Polaków w Gelsenkirchen. Przypadkowo nagrał zajście, które przed trzema laty mnie się przydarzyło. Włączył kasetę wideo. Na filmie jest pokazany nasz polkowicki kościółek. Wewnątrz klęczę ja i moi bracia z odnowy. Ręce mamy podniesione do góry, śpiewamy: przyjdź Duchu Święty. Za mną na około 3 m nie ma nikogo. Ruszyły się chorągwie, ale drzwi się nie otworzyły, nie było przeciągu. Wiedziałem, że za chwile upadnę. Ale jak, przecież to było mocne pchnięcie. Faktycznie upadam i w tym fotelu, w którym siedzę u tego przyjaciela poruszam się, jakbym chciał wstać. A on mówi - poczekaj ja też myślałem, że tylko przez chwilę kamera była skierowana na Ciebie, spójrz na zegarek na filmie leżałeś kilka minut. Łzy stanęły mi w oczach i pomyślałem: Panie, a ja pytałem, kiedy ja tego doświadczę i byłem zazdrosny. Jak się okazało, to byłem zazdrosny o Ducha Świętego, bo to On tylko był za mną. Tak naprawdę czekałem 3 lata. Chwała Panu. Wszystko ma swój czas i miejsce. Ogromna radość i wdzięczność Bogu.

Powróciły piękne sny. Chodziłem po kwitnących sadach, spotykałem tych, którzy odeszli. Byli uśmiechnięci i promienni. Te sny, które się powtarzają to te, w których jestem pośrodku potężnego łanu zboża. Zaczyna wiać lekki wiatr od lewej strony. Piękne dojrzałe łany zaczynają układać się jak fale na wodzie. Mijają mnie i płyną w prawo, daleko. Na końcu rozchodzą się na boki i odsłaniają piękną wieżę kościółka i słyszę dwa uderzenia dzwonów bim bam. Łany unoszą się ponownie i budzę się radosny i tak również mija cały dzień Chwała Panu. A gdy śni mi się, że jestem zawieszony dwa metry nad zbożem, słyszę piękny śpiew pieśni kościelnych. Jest tak piękny, że serce i dusza jest w takim nie do opisania stanie i ten śpiew prowadzi mnie do siebie. Za wzniesieniem widzę korony jabłoni, na nich piękne żółto - czerwone jabłka. Dziewczęta stoją na drabinach i zrywają je do koszy i podają chłopcom, a oni wykładają je na drewnianych wozach wyścielonych sianem. Zapach siana i jabłek łączy się z tym pięknym śpiewem. Czuję, jak skóra mi się kurczy, serce mało nie wyskoczy, ale zbyt szybko zbliżam się do nich. Nadal jestem około dwóch metrów nad ziemią. Nadchodzi lęk, aby ich nie wystraszyć, żeby nie przestali śpiewać. Więc zginam się do swoich kolan, łapię się za stopy i zwinięty w kłębek delikatnie ląduje na trawie. Jestem tak szczęśliwy, że mi się udało, że nadal śpiewają i… budzę się w łóżku zwinięty w kłębek, na wprost obrazu Najświętszej Mateńki.„Dziękuje Ci Mateńko”, że jesteś ze mną, a te łzy radości z tego snu są, umiłowana Mateńko, dla Ciebie.


DUSZE W MOICH SNACH.
Zacząłem prace na tirach. Na odnowę w Duchu Świętym nie było możliwości uczęszczania. Zaczął się nowy etap mego życia. Do domu wracałem raz na 4 tygodnie, nieraz rzadziej. Moją świątynią stała się ciężarówka z małym ołtarzykiem i radiem, z którym uczestniczyłem w Mszach Świętych. Dzień zaczynałem od zaparzenia kawy, różańca, modlitwy do Jana Pawła II i ojca Pio. Potem śniadanie i jazda po całej Europie i tak do tej pory nic się nie zmieniło. Wyruszam z Belgii do Włoch przez Niemcy, Szwajcarię. W miejscowości Lucern Szwajcaria ogarnia mnie sen, staję na parkingu na pół godzinki. We śnie widzę księżną Dianę, już po jej śmierci. Mówi do mnie: Proszę cię, módl się za mnie. Odpowiadam: Diano, przecież za ciebie modli się nasz Papież, Matka Teresa, ale jeżeli tak chcesz, to będę się modlił. Obudziłem się, wziąłem łyk kawy i pomyślałem; hmm, Diana?. Wyspany byłem, czemu mnie ten sen zmorzył? Straciłem 40 min. Ruszyłem w dalsza drogę. Po paru godzinach dojechałem do ostatniego parkingu przed tunelem góry Gothart (tłumacząc na polski Twardy Bóg.) Tam trzeba było zrobić przerwę na krótką drzemkę, ponieważ tunel ma 17 km długości, a temperatura w nim przekracza 50 C i jest duże zadymienie od ciężarówek. Same spaliny i kierowcy, którzy są zmęczeni zasypiają. Położyłem się i mam sen. Widzę przez okno, że stoję przed samym wjazdem do tunelu, chcę wstać, aby odjechać, ale nie mogę. Mówię: Boże, przecież ja blokuje cały wjazd. Za mną na pewno kilka kilometrów korka. Zaraz przyjedzie policja. Jak mogłem minąć ten ostatni parking, co się stało? Naraz przy prawym oknie mignęła postać kobiety. Ujrzałem Dianę, która niosła 7 wiązek białych lilii z długimi fioletowymi łodygami około 1, 8 m. Postawiła je pod skałą, cofnęła się dwa kroki, spojrzała na te lilie i ruszyła do tunelu. Leżąc nadal na łóżku, bo nie mogę wstać, wołam Diano, Diano. Odwróciła się, uśmiechnęła tak smutno i zniknęła w ciemnościach tunelu. Obudziłem się. Okazuje się, że jestem na parkingu, dzięki Ci Panie. Ogarnął mnie niepokój. Po chwili radio podało, że w tunelu doszło do tragicznego wypadku. Jechaliśmy objazdem przez San Bernardino. I tak do codziennej modlitwy doszła Diana.
Obecnie w tym tunelu zastosowano system odległościowy. Polega on na tym, że samochody jadą w odległości nie mniejszej jak 150 m. temperatura spadła do 30 C, jest mniejsze zadymienie. Wentylatory nadążają przedmuchać tunel. Poprzednio ciężarówki jechały 4 m za sobą, silniki nagrzane od 90 do 180 C, co było przyczyną wielu wypadków.

Gdy zamieszkałem w Złotoryi, zbliżyłem się do miejsca, w którym się wychowałem. To jest piękna miejscowość - Leszczyna, otoczona górami i lasami, a w niej wspaniali ludzie, których bardzo lubię. Są tam moi rówieśnicy, troszkę starsi i młodsi, a przede wszystkim pionierzy, których los drugiej wojny światowej tam zesłał. Pierwsza rzecz, jaką zrobili, to w miejscu, gdzie był krzyż wyryty na kamieniu, zbudowali kapliczkę, postawili figurkę Matki Boskiej, poświęcili. Kapliczką zaopiekowała się p. Kmak. Było to około 1945 r., a obecnie mamy rok 2010. Ta kobieta prowadzona przez Najświętszą Panienkę, jest nie tylko opiekunką kapliczki, jest jej duchowym przewodnikiem.. Mając tyle lat, miała czas pokochać wszystkie pory roku, jak również wszystkie miesiące. Wiem na pewno, po trzykroć na pewno, że najpiękniejszym miesiącem jej młodej duszy jest MAJ. Gdy zaczynają się majówki. Ona jest duchem, natchnieniem tych pieśni, które śpiewamy Maryi.

Wydzierżawiłem 3 ary działki w tej wiosce, z planem kupna w najbliższym czasie. Ogrodziłem sprowadziłem przyczepę kempingową, zagospodarowałem. Ściąłem zeschłą jabłoń na wysokości 1, 5m, zakonserwowałem pniak. Kupiłem figurkę Matki Boskiej- 60 cm, postawiłem na tym pniu. Tam miała stać na zawsze. Obok pnia rosło drzewko około 7 cm średnicy. Ściąłem go na wysokość 20 c, aby traktorem wyrwać z korzeniem. Po chwili przyszła moja koleżanka z tej wioski Irena Pawlusińska. Mówi: Heniu przyniosłam ci Matkę Boską, bo ty ją tak uwielbiasz, to będziesz już miał, ktoś wyrzucił na śmietnik i głowa odleciała, ale można przykleić. Aa, ty już masz figurkę? Odpowiedziałem, że dla niej też znajdę miejsce.Wziąłem i postawiłem Mateńkę 50 cm wysoką z podstawą 16 cm średnicy na tym małym 7 cm pieńku. Główkę postawiłem na miejscu, nie przyklejałem. Powiedziałem Irence, że jak wrócę z Włoch, to pokleję i znajdę odpowiednie miejsce dla Mateńki. Pojechałem do Włoch, po trzech dniach zatelefonowałem do domu. Żona poinformowała mnie o wielkiej wodzie, jaka przeszła po burzy przez naszą działkę. Rzeka zabrała pół działki, przyczepę kempingową obróciło o 90 stopni, wyrwało płot 2 m od mateńki. Przywlekło samochód osobowy i duże kamienie, ale Mateńki z tego kołeczka nie zwaliło. Woda przepływała 20 cm wyżej ponad nią. Ludzie z wioski przychodzili i niedowierzali, ale byli szczęśliwi. To jest znak mówili, Mateńka pokazała swoją moc. Wróciłem z Włoch, pojechałem na działkę. Gdy ujrzałem mateńkę stojącą na tym kołeczku, zabrudzoną, z radości rozpłakałem się. Jak się później okazało to Mateńka miała inne plany. Oparłem się o drzewo, spojrzałem na działkę, pomyślałem muszę szukać innego miejsca. Podszedł do mnie Lesiu Bajowski, nie martw się powiedział, jest koło kapliczki 5 arów plac do sprzedania. Załatw w urzędzie gminy, a my ci wszystko przewieziemy, bo jesteś nasz i z nami będziesz. Zrobiło mi się ciepło na duszy, spojrzałem na obie figurki Mateńki i powiedziałem, no to się przenosimy.
I tak kupiłem działkę w tej ślicznej wiosce. Jest to miejsce wypoczynku przez pracę tak dla mnie jak i dla mojej ukochanej żony Urszuli. Gdy wróciłem, poczułem ponownie przyjaźń w tych ludziach. Jednego razu wróciłem z Niemiec, jechałem na działkę do żony. Przy jednym z domów stała pani Pawlusinska. Wiedziałem, że jest ciężko chora. Zatrzymałem się i pozdrowiłem ją. Chciała, abym wszedł do niej na kawę i opowiedział, co u mnie. Przeprosiłem ją i powiedziałem, że gdy z żoną będziemy wracać do domu, to zajedziemy i pozna moja żonę. Ucieszyła się. Przyjechałem do żony, a tam zjazd rodzinny. Wróciliśmy do domu około 24 00. Do p. Pawlusinskiej nie zajechałem, powiedziałem żonie, że następnym razem musimy ją odwiedzić. Było mi bardzo przykro. Pojechałem do Niemiec i do Holandii. Stamtąd jechałem do Szwajcarii miejscowości Karlsruhe zatrzymałem sie na nocleg.
Śniło mi się, że jestem w stodole u p. Pawlusinskiej. Jest bardzo ciemno, nic nie widzę. Pomyślałem, że muszę obracać się wkoło i dokładnie patrzeć. Tam, gdzie będą drzwi, powinien być prześwit. Po chwili ujrzałem jakiś punkt światła i powoli ruszyłem w jego kierunku. Idę, idę, światło się powiększa, a drzwi nie widać. Wtedy zauważyłem, że znajduję się w tunelu i idę pod górę. Do wyjścia zostało mi około 50m. Idę dalej, aż ujrzałem łąkę. Ponad trawę wystawały, nieznane mi dotąd, piękne kwiaty. Gdy wyszedłem z tego tunelu, po lewej stronie stał p. Szczepan Bajowski, który już odszedł z tego świata. Powiedział: Heniu jesteś potrzebny, tam za górą czeka na Ciebie pani Pawlusinska. Ruszyliśmy po trawie pomiędzy kwiatami. Za górą, jakby na równinie, ujrzałem olbrzymie piękne miasto po raz drugi (pierwszym razem, gdy śnił mi się wuj na stawach). Było nad nim tak jasno, jak gdyby świeciły 4 słońca. Weszliśmy do miasta. W pomieszczeniu ujrzałem kilkoro ludzi z tej wioski, ale zapomniałem, kto to był. Na wprost, za dużym oknem, po ogrodzie przechodził mój nieżyjący kolega Władysław Skwira. Trzymając w obu rękach książkę, jakby ją czytał, szedł pomiędzy klombami. Na lewo też za oknem był ojciec mojego kolegi, nieżyjący Władysław Dudzic. Był zajęty płotem, przybijał sztachety do żerdzi. Były ze świeżego drzewa i pachniały żywicą. Podeszła do mnie p. Pawlusinska: jakiej kawy Heniu napijesz się? Odpowiedziałem: jaką pani zrobi i przepraszam, że nie przyszliśmy, jest mi przykro. Uśmiechnęła się. Wyszedłem jakby na dziedziniec. Był wyłożony marmurem w kolorze kawa z mlekiem, a na nim ciemniejsze kwiaty. Podpływała z lewej strony czyściutka woda, jakby z fontanny, lecz nie mogłem spojrzeć w lewo. Coś mnie blokowało. Tej wody było około 5 mm. Nagle wybiegło od lewej strony dziecko około dwa i pół roku. Wywróciło się i zmoczyło nóżki. Podniosłem je i poszedłem, aby komuś przekazać, bo nie miałem czasu się nim zająć. Znalazłem się w jakimś pomieszczeniu. Oddech miałem lekki, samopoczucie również, jakbym był w kościele. Poczułem czyjąś obecność i mówię: znalazłem to dziecko, wpadło do wody. Chyba jest mu zimno i może głodne. Ten miły głos odpowiedział: Dziecko, tu nikomu nie jest zimno i nikt nie jest głodny. W tym czasie podeszła siostra zakonna, wzięła ode mnie dziecko, tak jakby przepłynęło do niej. Zrobiła około pięciu kroków, odwróciła się do mnie i razem z dzieciątkiem uśmiechnęły się do mnie. Po chwili obudziłem się. Ten miły głos usłyszałem ponownie za jakieś pół roku. Jechałem tirem w kierunku Innsbrucku na terenie Niemiec. W nocy zasnąłem za kierownica, usłyszałem jakby na jawie: Dziecko, obudź się, ty samochodem jedziesz. Otworzyłem oczy, zobaczyłem wszystko sine. Oślepłem- pomyślałem, nacisnąłem na hamulce. Sine oddala się, taki kolor miała naczepa tira jadącego przede mną. Doszło do mnie, że to była Najświętsza Mateńka. Wiele razy jeszcze mi pomogła, ale to w dalszych opowieściach. Chwała Panu.
Zrozumiałem to w ten sposób, że te osoby, które widziałem a nazwisk nie zapamiętałem, nie potrzebują modlitwy. Tylko Szczepan Bajowski - Władysław Skwira - Władysław Dudzic - pani Pawlusinska dołączyli do moich codziennych modlitw. Jestem wdzięczny Panu, Mateńce i wszystkim Świętym, którzy wysłuchują moich modlitw. Jestem szczęśliwy, że mogę im pomóc, Chwała Panu. Nadal przemierzam Europę. W swojej malutkiej świątyni, w niej śpię, śnię, modlę się, spożywam posiłki, pracuję. Mój mały wielki świat.
Minęło około pół roku. Śpię na parkingu w Hiszpanii. We śnie jestem w moim mieście Złotoryja. Idę po łąkach zielonych. W odległości około 200 m ode mnie, a 100m od stawu stoi brat mojego kolegi Andrzej Szklarek (nieżyjący) i woła do mnie: Wyprowadź mnie stąd, proszę, wyprowadź, pomóż. Obudziłem się, obmyłem, zrobiłem kawę, wziąłem różaniec i do modlitwy codziennej doszedł jeszcze jeden potrzebujący. I tak dzień za dniem życie toczy się dalej. Nie wiemy, co nam przyniesie następny dzień, ale jestem szczęśliwy z Nimi. Mogę do Nich mówić, modlić się za Nich. A Oni kierują mój wzrok na krzyże przy drogach, aby modlić się za tych, co tam zginęli, informują, że zbliżamy się do cmentarza. Intuicyjnie wiem, po której stronie drogi będzie. Modlitwę zaczynam wcześniej, aby, gdy dojadę do cmentarza, zakończyć i powiedzieć: i jak, jesteście zadowoleni? A kto za mnie będzie się modlił jak dołączę do Was? Więc proście Boga abym jak najdłużej pozostał na tej ziemi. Myślę, że Pan wybaczy mi te słowa, że nie grzeszę. Ale to wszystko bierze się z miłości do Boga i tych, z którymi się spotykam, żywymi i zmarłymi. Amen.

DROGA DO BOŻEJ ŁASKI
Mija jakiś czas. Kiedyś wspomniałem, że jest mi bardzo ciężko na sercu i duchu. Brak możliwości dostąpienia do Spowiedzi i Komunii Świętej (ponieważ żona moja miała ślub kościelny z pierwszym mężem). Nadeszła choroba mojej kochanej żony, przeszła kilka operacji. Około czterech lat żyliśmy z sobą jak brat i siostra, coś odeszło na zawsze, ale przyszła miłość jeszcze mocniejsza, duchowa, wewnętrzna, zakorzeniona w sercu, czysta. Nadal jesteśmy szczęśliwi. Nadeszły Święta Bożego Narodzenia, przyszła kolęda. Zapytałem księdza Czesława, czy w takiej sytuacji mogę wyspowiadać się i przyjąć Komunie Świętą? Ksiądz odparł: Oczywiście i życzył mi nowego, bogatszego życia duchowego. Wszystko się odwlekało, męczyła niepewność, czy aby ksiądz miał rację.
Nadszedł listopad. Od dłuższego już czasu czytałem modlitwy nieżyjącego już Jana Pawła II oraz Ojca Pio na każdy dzień. Przyszła noc, położyłem się spać w mojej ciężarówce . Mam piękny sen. Idzie drogą młodzież, starsi i dzieci, wszyscy ubrani na biało. Po obu stronach drogi rosną krzaki bardzo gęsto, nie ma możliwości przejść miedzy nimi. Jak długa była ta kolumna, nie szło ocenić. Nie widziałem końca, gdy wszedłem miedzy tych ludzi. Około 20 m od czoła pochodu szli całą drogą, około 10 m szeroko. I wszyscy przyczepiali do krzaków białe kotyliony, tak, że te krzaki były całe w bieli, nie było widać żadnej gałązki. Doszliśmy do bardzo dużego kościoła z szerokimi schodami wejściowymi. Zaczęliśmy wchodzić do środka. Kościół wydawał się olbrzymi, ale momentalnie zapełnił się. Spojrzałem na ołtarz. Po prawej stronie ołtarza (po mojej lewej) na trzecim szerokim schodku siedzi na wózku nasz Papież Jan Paweł II. Głowę ma opuszczoną, z ust kapie mu ślina, coś mówi, nie słyszę go. Po chwili głowa leci mu w dół. Umiera – krzyczę – umiera- i pędzę przez ten duży kościół do Niego. Brakło miejsca dla mnie, obstąpili Go biskupi. Jestem zrozpaczony, nie wiem, co mam robić. Ujrzałem krzyż stojący przed ołtarzem około 30 cm wysoki, identyczny, jaki przywiozłem z Lichenia sobie i moim dzieciom. Chwyciłem go, ukląkłem, przycisnąłem go do piersi z całych sił, aż wbił Mi się w serce. Czułem go, choć bólu nie było, tylko rozpacz ogromna. Słyszę głos nad sobą. Odpowiadam, że nie słyszę. Głowę mam spuszczoną do podłogi. Ponownie słyszę głos, troszkę mocniejszy. I ponownie odpowiadam, że nie słyszę. Następny głos był tak mocny, że odbił się od ścian...”Idź na rekolekcje, do spowiedzi i komunii świętej „ Podnoszę głowę, a nade mną stoi nasz Papież, tak młody, jak nastał na tron Piotrowy, z jakimś światłem z prawej strony. Uśmiechnął się i ruszył z tym światłem po skosie w górę. Sufity rozstąpiły się. Ujrzałem błękitne niebo, ludzie śpiewają. Wszystkie te kotyliony z krzaków zamieniły się w białe motyle. Utworzyły drogę do nieba, po której szedł Papież z tym światłem.. Chciałem krzyknąć: Ojcze Święty czy Ksiądz mnie wysłucha? Nie zdążyłem. On odpowiedział: wysłucha, wysłucha. Obudziłem się, piżama była mokra od łez, oczy czerwone i nadal płakałem zanosząc się. Poczułem się bardzo szczęśliwy, byłem pewien, że mogę przystąpić do Spowiedzi i Komunii Świętej. Wróciłem do kraju. Poszedłem do kościółka, aby się wyspowiadać, ale nie było spowiedzi. W Złotoryi, w mojej parafii Królowej Jadwigi w każdą niedzielę o 7 rano jest spowiedź. Po miesiącu wróciłem do domu na niedziele, poszedłem do kościoła, lecz spowiedzi nie było. Byłem załamany, bo szedłem z taką nadzieją. Tego dnia wyjechałem w trasę i tak bezowocnie starałem się.

Nadszedł następny listopad. Jestem w Niemczech, gdzie dostałem dyspozycje na załadunek do Dębicy i na Słowacje do Koszyc. Pomyślałem, będę jechał przez całą Polskę, to trafię na jakiś kościółek. Jak na wiosce, to pójdę poprosić o spowiedź, nie odpuszczę. Podjechałem, załadowali i jak się okazało po odbiorze listu przewozowego, jest załadowane odwrotnie nie chcą tego zmienić. Jestem załamany muszę jechać na Słowację i pojechałem tam z Niemiec. Rozładowałem, a z resztą ładunku ruszyłem na Polskę do Dębicy. Po rozładunku pojechałem na stacje paliw BP na parking.. Było okolo16 00 pauzę miałem do 7 00 następnego dnia. Spytałem tubylców o sklep spożywczy. Był oddalony około 250 m od parkingu. Idąc do sklepu trafiłem na ośrodek opieki imieniem Ojca Pio. Szedłem dalej i myślałem o Nim, o Jego uzdrowieniach. Doszedłem do sklepu, zrobiłem zakupy i zapytałem sklepowej o kościół, w którym się odprawia Mszę o godz. 18. nie wiedziała i zrobiło mi się trochę przykro. Wracając do auta zatrzymałem się koło tego ośrodka i poczułem zapach kwiatów. Coś we mnie załopotało, poczułem, że coś się musi dzisiaj wydarzyć. Pomyślałem przez chwilę o spowiedzi, ale tylko chwilę, żeby nie robić sobie nadziei i aby nie zapeszyć. Wróciłem do auta rozładowałem zakupy i zauważyłem starszego ode mnie mężczyznę, pracownika stacji BP, tankował samochody. Podszedłem do niego i spytałem, gdzie tu jest kościół, w którym będzie odprawiana Msza Św. o godz.18? Nie odpowiedział, wziął objął mnie za szyję, uszliśmy z pięć kroków, wyciągnął rękę. Widzisz ten krzyż to jest 5 km stąd, tam jest kościół MIŁOSIERDZIA BOŻEGO. O 17. 30 jest Droga Krzyżowa, a o 18 Msza. Z Bogiem - powiedział uśmiechając się. Wróciłem do auta, ruszyłem w kierunku oczyszczenia. Dojechałem, wysiadłem z auta i ruszyłem, jakbym frunął. Byłem nie na swoich nogach. Po tych szerokich schodach wszedłem do środka. Było może kilkadziesiąt osób. Po lewej stronie w odległości około 70 m była siostra zakonna. Uzupełniała gablotkę. Podszedłem i zapytałem: siostro, czy tu będzie Spowiedź. Odpowiedziała, że tak. Spojrzałem wkoło i zapytałem, w którym konfesjonale? We wszystkich- odparła z uśmiechem. Podziękowałem i ruszyłem do ławki. Zacząłem się gorąco modlić, płakałem. Serce mało mi nie wyskoczyło, gdy pomyślałem, co mnie czeka po ponad 30 latach bez Spowiedzi i Komunii Świętej. Nie czułem, że klęczę i wciąż płakałem. Zauważyłem księdza, że spowiada. Ruszyłem tam. Ledwo widziałem konfesjonał, łzy zalewały mi oczy. Po Spowiedzi wróciłem do ławki, modliłem się gorąco. Idąc do Komunii łzy dalej płynęły, serce mało nie wyskoczyło. Przyjąłem Komunię, ksiądz spojrzał na mnie. Byłem szczęśliwy, oswobodzony. Wróciłem do ławki, uklęknąłem i zacząłem się modlić. Duch Święty zaczął mnie przenikać od serca do czubka głowy i do końca palców. Serce było pełne radości, byłem bardzo szczęśliwy. Uspokoiłem się. Podniosłem głowę do góry i ujrzałem ogromny kościół. Zrobiło mi się gorąco, spojrzałem na ołtarz i na trzeci schodek. Zamarłem. To tam siedział nasz Papież w moim śnie, tam umierał, to tu to było, Boże, tu. Rozpłakałem się i zrozumiałem, dlaczego nigdzie nie mogłem dostąpić do Spowiedzi Świętej. Prowadził mnie Papież przez okrągły rok od rekolekcji do rekolekcji. Chyba musiałem coś jeszcze spełnić przez ten czas. Chwała Panu.

Moje życie zmieniło się radykalnie, chociaż nic się we mnie nie zmieniło Mateńka nadal jest przy mnie prowadzi mnie. A co będzie dalej zobaczymy?

Historia pana Wąsickiego

Upłynęło około 7 miesięcy. Będąc w trasie na Unii, po wieczornej modlitwie położyłem się spać. Bardzo szybko zasnąłem, jak nigdy. Mam sen: jestem zawieszony w powietrzu na około 5 metrów nad ziemią i około 15 metrów od muru wysokiego na 2 m. Przed nim rósł duży krzak dzikiej róży. Po lewej stronie była żelazna brama. Za murem było słychać tętent i rżenie konia. Biegał to w jedną, to w drugą stronę, a za krzakiem róży ktoś się chował. Zbliżyłem się nad sam mur. Za nim był czarny koń, na którym siedział mężczyzna ubrany na czarno. Miał długie czarne włosy falowane do ramion, nie miał twarzy. Powiedział do mnie: Odejdź stąd. Odpowiedziałem: Nie boję się ciebie szatanie. Jestem z Mateńką i Jezusem. I Zbliżyłem się do Niego. Koń stanął na tylnych nogach i z iskrami spod kopyt zaczęli uciekać. W tym samym momencie człowiek zza róży ruszył biegiem w lewo, spojrzałem za nim. Tam był cmentarz, stanął za krzyżem na grobie, na krzyżu była tabliczka z napisem Wąsicki, zrozumiałem, że ścigał go szatan i udało mu się uciec. Więc przyjąłem go do codziennej modlitwy, przybyła mi następna dusza. Chwała Panu.
Pewnego razu moja mama opowiedziała mi o tym człowieku. Był to pierwszy rok po drugiej wojnie światowej. (Ja urodziłem się w 1951r) Ten człowiek mieszkał w miejscowości Kondratów z żoną i 4 letnią córeczką, teściową i kilkunastoletnim bratem żony. W pobliżu drogi około 150 metrów mieszkali moi przyszli rodzice, po drugiej stronie drogi za rzeką mieszkał pan Fakady - około 200metrów od nich. Wszyscy mieli małe gospodarstwa i konie. Wąsicki dodatkowo pracował w PZPR, miał zostać burmistrzem miasta Złotoryja. Mówiła moja mama, że dla ludzi był dobry, każdemu pomógł, jak ktoś czegoś potrzebował. Gdy zrobił zebranie w wiosce, to ogłosił, że, gdy zostanie burmistrzem Złotoryi to polikwiduje wszystkie krzyże i kapliczki przy drogach. Ludzie po cichu mówili, że nie dopuszczą do tego. Nadszedł czas, że pierwszy raz pojechał do Złotoryi, aby objąć stanowisko burmistrza. Musiał dojechać rowerem, bo mieszkanie w Złotoryi było jeszcze niewykończone. Wracając z pracy po pierwszym dniu, jechał przez wieś Wilków. Pod górę rower prowadził. Zauważyła go kobieta robiąca coś w ogrodzie. Postawił rower przy przydrożnym słupku i zeszedł w dół. Tam w rowku zawsze kąpały się kaczki – mówiła ta pani . Jedno błoto i troszkę wody, na pewno poszedł się wysikać. Po chwili patrzy. A rower nadal stoi. Wąsicki nie wychodzi. Zawołała męża, żeby tam zajrzał. Widok był przerażający . Leżał twarzą w błocie, rozkrzyżowany. Nie żył i tak dał Pan. Nie zniszczył żadnego krzyża, sam legł krzyżem i twarzą w odchodach i błocie.
Mija dzień pogrzebu, nazajutrz rano przyszli moi rodzice usłyszeli głośną rozmowę, poszli do sąsiadów był już tam drugi sąsiad Fakady. Teściowa Wąsickiego opowiada, co się stało sąsiedniej nocy. Od godziny 21 00 zaczął chodzić po podwórku koń. Podwórze było wykładane kostką. Powiedziała teściowa do syna: Nie uwiązałeś konia. Wyszedł chłopak, sprawdził, a koń był uwiązany przy żłobie. Po powrocie do mieszkania około 22 00 zaczęło się. Całe stado koni biegało po podwórzu do czwartej rano, przeżyli horror. Co robić?- pyta kobieta. Fakady z moim ojcem i mamą postanowili, że przyjdą wieczorem i zobaczą. Około 21 00 zaczął koń chodzić po podwórzu. Fakady odparł: Przecież słyszę, to wasz Siwek spaceruje, nie uwiązaliście go i panikę robicie. Kobieta odparła: To wyjdźcie i zobaczcie. Ja nie wyjdę. Ojciec z Fakadym wyszli, konia na podwórzu nie ma. Zaglądają do stajni, koń stoi przy żłobie uwiązany, wrócili do chałupy.. Po chwili zaczęło się bieganie i rżenie koni, do czwartej rano. Gdy wszystko ucichło Fakady powiedział: ubierajcie dziecko. Ja zaprzęgam konia do bryczki, jedziemy na Pomocne ochrzcić je, to na pewno przestanie. Zajechali na Pomocne, mieli przejechać przez most. A tu konie stanęły i nie chciały iść. Ojciec z Fakadym podeszli do nich, założyli marynarki na oczy, złapali za uzdy. Nie poszły, stawały dęba. Kobiety wzięły dziecko na ręce i poszły na plebanię. Gdy przeszły most, konie ruszyły za nimi. Po chrzcie wrócili do domu. Umówili się, że po południu zejdą się i zrobią chrzciny do rana. Zobaczą, czy wszystko się uspokoi. I tak się stało, była cisza do rana. Na koniec imprezy Fakady oświadczył, że na pewno przyszedł dać znać, aby za niego ochrzcić dziecko, bo czekała go zagłada. A ja myślę, że Bóg w Swoim miłosierdziu wybaczył mu, bo szanował prostych ludzi i odciągnął szatana od niego. Wybrał, kto ma się za niego modlić. Był to rok 2009.

Pod opieką Maryi.
Pracowałem we Włoszech. Był to okres przedświąteczny, miałem dużo ciężarówek do przeprowadzenia z Niemiec do Włoch. Sam do Świąt nie dałbym rady, zadzwoniłem do żony, aby poszukała kierowcy w Złotoryi. Znalazła. Sąsiad z mojego bloku, Wiesiek Wojtylak. Nie znałem go. Poznałem tylko jego imię, a on moje. Ruszyliśmy. Czas naglił. Z Lipska do Reggio Calabria Włochy. Na odcinku Salerno Reggio Calabria, gdy zaczęły się tylko wiadukty i tunele zasnąłem. Wyjechałem z tunelu obudziłem się i ujrzałem parking 200 m. Nie pamiętałem, jak wjechałem w ten tunel. Pomyślałem, że zasnąłem. Zjadę na parking, prześpimy się. I zjechałem. Za mną Wiesiu, czekam na niego. Przybiega oblany potem, wystraszony, sine usta. Pytam go, co się stało?: Co się stało, pytasz? 7 km spałeś, jechałeś metr w lewo, metr w prawo, nikt nie mógł ciebie wyprzedzić. Zobacz, jaki korek, kilka kilometrów. Faktycznie, przejeżdżają i trąbią, opieprzają mnie tymi sygnałami. Wiesiu zaczyna: Jedziesz z przodu, śpisz, ja trąbie, migam światłami, inne auta też trąbią. Ty nie reagujesz, wiadukty ponad sto metrów wysokości. Barierki takie, że motorem by rozwalił. Proszę Boga, abyś w tunelu uderzył w ścianę, to byś zderzak otarł i byś się obudził. A jak spadniesz z wiaduktu, to po Tobie. A ja nie wiem, gdzie jadę, po co jadę? Nie mam pieniędzy, nie znam języka, a Ty pytasz, co się stało?. Sorry, Wiesiu, byłem bardzo zmęczony. Pomyślałem, że siedem kilometrów na śpiąco, to nie fuks. To Przenajświętsza Panienka mnie prowadziła, innej możliwości nie ma. To nie pierwszy raz mi pomogła. Przeżył mój kolega wielki stres. Współczułem mu bardzo.

Tak, na pewno i w życiu trzeba się zatrzymać, odpocząć, podziękować, poprosić Mateńkę i dopiero jechać dalej, aby czegoś nie przespać.
Byłem na trasie z Kijowa do Odessy. Na Umanie (region) nie wolno się nocą zatrzymywać, bo grasują tam mafie i jest to niebezpieczne ,więc trzeba jechać do końca. Przekroczyłem wtedy czas jazdy o 1godz i 30 min. W Niemczech, gdyby policja sprawdziła czas jazdy na tachografie, skończyłoby się bardzo wysokim mandatem. A było tak:
Jadę autostrada nr 9 -Lipsk – Norymbergia. Jedzie policja z tyłu. Wjechali za moją naczepę i jadą tak około 12 km za mną. jest oznakowanie - parking 1000 m. Wyprzedzają, wjechali przede mnie, włączyli koguty z napisem bite folgen {proszę zwolnic}, powiedziałem – Mateńko, teraz mi doładują mandat, tak z połowę wypłaty. Około 50 m przed parkingiem włączyli kierunkowskaz w lewo, przyspieszyli i odjechali. Już musiałem wjechać na parking, było za późno, aby zjechać na pas autostrady. Powiedziałem z drżeniem serca: ukochana Mateńko, czym jeszcze mnie zaskoczysz, ile razy jeszcze umiłowana Mateńko? Tak bardzo Ci dziękuję i tak bardzo Cię kocham.
Upłynął jakiś czas. Chwała Panu. Przejechałem może z 100 000 km. Jestem w Budapeszcie, pojechałem troszkę na pamięć, co się zdarza tirowcom i tym, co nie patrzą na znaki we własnym mieście. Zmienili znak na 3,5 tony. Gdy to zauważyłem, było za późno, aby zawrócić, czy cofnąć. Zostało mi jakieś 800 m, aby dojechać do autostrady. 500m przede mną też jechał tir, ale jemu się udało. Zdążył zjechać, zauważyłem z tylu 2 radiowozy na sygnale, wyprzedziły mnie i zatrzymali, wyszedł jeden z policjantów i krzyczy, aby jechać za nimi. Nie mógł do mnie dojść lewym i prawym pasem, był duży ruch, ruszyli. Ja za nimi, ale wjechało 5 osobówek miedzy nas, powiedziałem Mateńko, ale teraz Mi policzą, dojechaliśmy do krzyżówki policja skręca w prawo 4 auta za nimi a mnie przyszła myśl, aby jechać prosto, pomyślałem ok, jeśli ta myśl pochodzi od Ciebie Mateńko a jak nie to mnie zamkną, zrobią badania psychotechniczne i zdecydują czy mogę wsiąść do ciężarówki, po zapłaceniu oczywiście wysokiej kary. I tak uczyniłem pojechałem prosto, policja nie miała manewru byli zablokowani z tylu, musieli dojechać do krzyżówki. Około 250 m po prawej była stacja paliw, wjechałem z tylu za nią i zatrzymałem się, wyszedłem do przodu, aby zobaczyć, co się dzieje. Po chwili nadjechał jeden radiowóz na sygnale, a za nim ze sto metrów drugi. Pocięli w kierunku autostrady nr 3. Po chwili i ja to uczyniłem. Dojechałem do granicy z Austrią, zatrzymałem się na pauzę. Spojrzałem na obrazek Mateńki Boskiej Fatimskiej, który znalazłem leżący na ziemi wielkości widokówki i zawieszony na moim ołtarzyku. Powiedziałem: ukochana MATEŃKO ile jeszcze razy i czym jeszcze mnie zaskoczysz, dziękuje Ci Mateńko całym sobą i wszystkim, co czynie i nadal proszę nie opuszczaj mnie i wszystkich kierowców, abyśmy nikomu nie wyrządzili szkody na drogach.
Jestem we Francji dojeżdżam w nocy do miasta Metz, w którym miałem rozładunek. Autostrada rozchodziła się w dwóch kierunkach miasta. Nie sprawdziłem, gdzie mam jechać. Do końca czasu jazdy, aby go nie przekroczyć, zostało mi 15 minut. Muszę znaleźć jakiś parking na noc, najlepiej pod firmą z rozładunkiem. Powiedziałem: Mateńko wskaż mi myślą, w którą stronę jechać. Pojechałem w lewo, wjechałem do miasta. Jadę główną ulicą. Wjechała przede mnie osobówka, zwolniła. Kierowca z pasażerką rozmawia, jedzie coraz wolniej. Jestem podenerwowany, zostało mi 6 minut jazdy. Wyprzedzić nie mogę. Mignąłem światłami, ten zwolnił jeszcze bardziej, ja też. Spojrzałem w prawo, a na płocie tabliczka z nazwą ulicy, na której jest moja firma. Skręciłem w prawo, po 200 m była moja firma po lewej. Parking był po prawej na przeciwko firmy. Zatrzymałem się na parkingu. Rozładunek miałem rano. Do końca czasu jazdy została mi minuta. Dziękuję Ci Mateńko umiłowana, ile razy jeszcze i czym jeszcze zaskoczysz mnie. Gdyby ta osobówka nie wjechała przede mnie, nie zwolniłbym, nie zauważyłbym tej ulicy. Napis był bardo mały. I Chwała Panu.
1 18-03-2007r. Jestem bardzo smutny. Odeszła moja wnusia Maja do Pana na służbę. Tak długo na nią czekałem. Ale Bóg dał, Bóg wziął. Rozpaczałem za nią bardzo i chyba zbyt długo.
Jestem na Litwie w Wilnie. Na urzędzie celnym stoi pełno ciężarówek. Jakieś 5 m ode mnie stoi Scania z ryjkiem, ładnie pomalowana. Wziąłem aparat, aby zrobić zdjęcie i pokazać żonie, jaka ładna ciężarówka. Ustawiłem aparat, przycisnąłem na guzik. Błysnęło mi po oczach. Pomyślałem, że odwrotnie obróciłem aparat i lampa błyskowa mnie oślepiła. Zdenerwowałem się, lecz obok stojący Ukrainiec powiedział, że piorun strzelił. W oczach widziałem żółte plamy. Po kilkunastu minutach wzrok wrócił do normy, Włączyłem aparat, aby zobaczyć zdjęcie Scanii. Zdziwiłem się. Na zdjęciu nie było żadnego auta, tylko dużo ognistych kul, w oddali dwie postacie: kobiety i dziecka, a przed nimi przejście do czegoś jasnego, około jednego metra szerokości. Po prawej przy przejściu, skała pionowa. Na niej 4 postacie ludzkie oświetlone kulą z pioruna na niebiesko- pomarańczowo. Stroje mieli takie same jak to dziecko. Przybliżyłem obraz. Na zdjęciu ukazała się postać mojej teściowej. Kucała i trzymała dziecko z tylu. Dziecko stoi na ziemi, trzyma w rękach kubeł przechylony w moja stronę. Przybliżyłem jeszcze i widzę jego zamknięte oczka, szeroki nosek i usta. Tak właśnie wyglądała moja wnusia w trumience. To była Ona. Sześć miesięcy po pogrzebie Mai, teściowa nie żyła już 11 lat. Tym kubłem przechylonym w moja stronę, pokazała zapewne: Nie wylewaj łez pozwól mi przejść na drugą stronę, jestem tak blisko wieczności.
Nasi ukochani zmarli są również blisko nas i w naszych sercach. Zdjęcie w oryginale posiadam. Niezbadana jest wola Pana i nigdy nie będzie. Chwała Panu.

Palenie papierosów szkodzi zdrowiu, dotyczy to do każdego palacza, który będzie to czytał. Paliłem dziennie- bagatela- 70 sztuk papierosów. Poczułem, że mam dość. Rankiem źle się czułem. Gdy szedłem moją ulica, to chyba wszyscy wiedzieli, że Heniu z trasy wrócił, taki był zapach z wydechu. O klatce schodowej nie wspomnę. Ale cóż ja nie próbowałem! Przyklejałem plastry, żułem gumę z nikotyną, byłem dwa razy na komputerach. Posadzili na krzesło, założyli na głowę opaskę, podłączyli elektrody, kable, ręce położyli na jakieś metalowe płytki na kolanach. Podłączyli kable pomyślałem: niech tylko dadzą duże napięcie, abym się długo nie męczył. Nie pomogło.
Byłem w kolejnej trasie. Spojrzałem na obrazek mojej Mateńki Przenajświętszej. Pomyślałem i powiedziałem głośno: Mateńko pomóż Mi, bo tylko Ty Mi możesz pomóc, sam sobie nie dam rady. Jeżeli jest taka wola Twoja, to za rok czy pół, daj mi taką myśl, abym rzucił palenie, to będę wiedział, że to jest ta chwila. Po trzech miesiącach jechałem do kraju. Był to 22.01.2002 r. Jechałem już kilka godzin bez palenia. Ogień w płucach, spocone czoło, lecz nie mogłem zapalić. Było bardzo ślisko. W koleinach zarzucało ciężarówką. Pomyślałem dojadę do autostrady nr 93 na terenie Niemiec. To jest nowa autostrada, bez kolein, tam sobie zapalę. Zjechałem z autostrady nr 9 na 93, wziąłem paczkę z papierosami, włożyłem papierosa do ust. wziąłem zapalniczkę, a tu nadeszła myśl, aby rzucić palenie. Powiedziałem : Mateńko teraz? skoro tak, to niech tak będzie. Po chwili zapomniałem, że chce mi się palić. Przyjechałem na granicę z Polską. Nadal nie palę! Do domu -nie palę i tak minęło 8 lat. I już nie zapalę. I nie zapalę, bo złożyłem Mateńce Przenajświętszej przysięgę, że gdy mi dopomoże, to już nie ruszę.
I należałoby powiedzieć: czym jeszcze ukochana Mateńko mnie zaskoczysz. Chwała Panu.
Pracowałem we Włoszech kilka lat na czarno. Przyszedł czas i możliwość pracy legalnej na ciężarówkach. Mieszkałem w przyczepie kempingowej. Warunki miałem wspaniałe. Dostałem wiadomość z domu, że mogę odebrać już nowy paszport, więc muszę jechać do kraju. No nareszcie będę spokojnie pracował. Ustaliłem z szefem dzień wyjazdu. Dostałem dwa tygodnie urlopu. Zrobiłem duże zakupy, załadowałem do swojej osobówki. Zamknąłem kemping, wsiadłem do auta i tknęło mnie, że coś zapomniałem. Wróciłem do kempingu, rozglądam się, nic nie widzę. Dochodzę do drzwi i znowu, że coś zapomniałem. I nadchodzi dziwny lęk. W pewnym momencie, spojrzałem do sypialni. Na szafce nocnej był mój ołtarzyk z Mateńką, obłożony sztucznymi kwiatami, przed którym zawsze rano odmawiałem różaniec. Spojrzałem na ten obrazek. Mateńka jakby się do mnie uśmiechnęła. Powiedziałem: Matuniu moja, czy Ciebie mam zabrać, przecież zawsze Cię tu zostawiam i wracam do Ciebie, już tyle lat. Pomyślałem ze strachem, że podczas tej podróży muszę uważać, żeby nic się nie stało. Czyżbym miał już tu nie wrócić, przecież teraz ma się zacząć praca legalna. Wychodzę z kempingu, zamykam drzwi wsiadam do auta stawiam obrazek Mateńki na przeciwko. Myśl, że coś zapomniałem i lęk minęło. Przejechałem 1400 km bez problemu. Uważałem jak nigdy. Jestem w domu. Powiedziałem mojej kochanej żonie Urszulce, że jak chce, to może jechać ze mną do Częstochowy, bo pragnę podziękować Mateńce za opiekę, a przy okazji odwiedzimy rodzinę w Zawierciu. Pojechał z nami i teściu. Byliśmy serdecznie przyjęci przez rodzinę, tak jak oni przez nas. Okazuje się kuzyn żony nie ma pracy, a jest dobrym mechanikiem samochodowym. W Mantova we Włoszech 200 m ode mnie jest warsztat samochodowy i jego szef prosił mnie od dłuższego czasu, abym mu przywiózł dobrego mechanika z Polski. Zaproponowałem kuzynowi prace we Włoszech. Troszkę się bał, ale jak to jest blisko mnie, to się zgadza. Przedzwoniłem do Włoch, poinformowałem szefa warsztatu, że przywiozę mu mechanika. Bardzo się ucieszył i chyba się pochwalił mojemu. Po dwóch dniach wróciliśmy do domu w Złotoryi razem z żony kuzynem spakowanym do wyjazdu ze mną. Otrzymuję telefon od mojego szefa, który oświadcza, że nie mam prawa przywieźć mechanika do tego warsztatu. Chyba był zazdrosny, a tak naprawdę nie darzył zbytnio sympatią tego drugiego, bo chciał, żeby wszystkie naprawy robił mu za grosze. I w tym momencie powiedziałem, że w takim razie ja też nie wracam. Nie będzie żaden Włoch ani nikt inny poniżał godności Polaka. Po paru miesiącach przysłał swego ojca i brata, abym wrócił. Przyjąłem ich serdecznie, ale odmówiłem. Po dwóch miesiącach zadzwonił osobiście. Prosił, abym wrócił. Nie chciałem go słuchać. Prosił, abym mu pozwolił skończyć. Zaproponował mi z tysiąca euro podwyżkę na dwa tysiące, wynajęcie domu na jego koszt dla mojej rodziny, prace dla mojej córki w zakładzie fryzjerskim a do teścia, którym córka się opiekowała pielęgniarkę na jego koszt. Odpowiedziałem, że Polak jest taki, że za żadne pieniądze nie pozwoli się poniżać i dodałem: Przepraszam Marcello, ale nie. Odpowiedział: to ja ciebie Henry przepraszam, ale jakbyś kiedykolwiek czegoś potrzebował to dzwon. Moim zadaniem było przewożenie ciężarówek z Niemiec, Belgi, Holandii do Włoch, odbieranie ich z promów z Anglii i całej północy Europy i transport do Włoch. Tam po odpowiednim przygotowaniu, w zależności do jakiego kraju miały trafić, rozwoziłem do portów i ładowałem na promy. Do Grecji, Afryki na Majorkę i skończyło się to. Mateńka zabrała mnie stamtąd, a ja Jej obrazek. Ja nie, ale Mateńka wiedziała, że już tam nie wrócę. Chwała Panu. I czym jeszcze Mateńko Mnie zaskoczysz? Dziękuję Tobie i nie opuszczaj Mnie, należałoby powiedzieć.

W maju 2009 roku. Na terenie Niemiec wiozłem ładunek z Belgi. Podczas jazdy dywany powypychały mi plandekę na boki. Wystawało ponad obrys naczepy, a to jest w brew przepisom. Sam nie dałbym rady poprawić, musiałem tak dojechać do miejsca rozładunku w Gliwicach. Gdy wjechałem na autostradę nr 15 z Berlina do Olszyny, SB - radio podało, że na ostatnim parkingu przed granicą jest łapanka, policji i BAG. Koledzy z innych firm transportowych jadących za mną, mówią do mnie na SB - radiu: dotąd ci się udawało, ale tam, to już cię ściągną, nie przejdziesz tej łapanki. Łapanka - to dwóch policmajstrów stoi na autostradzie, znaki ograniczają szybkość do 40 km /h, przyglądają się dokładnie ciężarówce i kierują na parking. Odpowiedziałem: kolego, martwcie się o siebie, żeby was nie ściągnęli, bo mnie Mateńka przeprowadzi. Dojechaliśmy do parkingu. Ja przejechałem, a ich skierowano na parking do kontroli. Jeden krzyknął: tylko Ona mogła go przeprowadzić.
Mateńko dziękuję Ci z całego serca i czym jeszcze mnie zaskoczysz? Chwała Panu.

Dojechałem do Gliwic, rozładowałem, dostałem dyspo ( wiadomość na komputerze samochodowym) po załadunek do Katowic, a potem do Wielunia. To było ostatnie, jakie przyjąłem. Jak się później okazało, po załadunku w Katowicach i 11 godzinnej przerwie w Tarnowskich Górach, ruszyłem do Wielunia. Przed miastem na wąskim odcinku drogi, ciężarówka z naprzeciwka omijała coś na drodze. Jej naczepa nachyliła się na moją stronę. Odbiłem i utrzymałem się na jezdni, jednak 40 ton ładunku z naczepą, ściągnęło prawymi kolami na pobocze. Poczułem szarpnięcie. Pobocze było miękkie, zredukowałem bieg, dałem cały gaz i udało się. Wyciągnąłem naczepę na jezdnię, a już wydawało się, że ściągnie mnie do rowu. Poczułem ból od żołądka do gardła. W parę minut dojechałem do miejsca rozładunku, wezwałem pogotowie ratunkowe. Za moment przyjechali. Ból się nasilał, dostałem zastrzyk dożylnie i tabletkę pod język. Ból zaczął ustawać. Jak się okazało, to był zawał serca. Koniec mojej jazdy i pracy w firmie, którą już polubiłem dzięki wspaniałym ludziom od organizacji pracy. Usiadłem na jednym miejscu, poczułem się jak zamknięty. Nachodziły mnie sny, że jadę na przykład z Francji na Litwę. Dojechałem do głównej drogi, ale nie mogę na nią wjechać, bo jest bardzo duży ruch. Nikt nie chce mnie wpuścić. Wołam na radiu: wpuście mnie, bo nie zdążę na rozładunek. Budzę się w domu na łóżku. Następnym razem jadę pod załadunek do Insbrucka, Austria. Ładuję do Bari Włochy. Ruszyłem, jadę zadowolony, mam dobry ładunek. Jest piękny słoneczny dzień, zbliża się wieczór, kończy czas jazdy. Zatrzymuje się na nocleg, kładę się spać, rano wstaję, patrzę a ja stoję na parkingu przed Lionem we Francji. Wystraszyłem się i mówię, jak mogłem zrobić taki błąd, nie mogę sobie tego wybaczyć. Pomyślałem, że coś z moja głową nie tak, musze poinformować dyspozytorów, ale co się mogło stać? Byłem bardzo przerażony, spojrzałem w okno i się obudziłem. No tak, to był sen. Zabrała mi Mateńka chęci do jazdy i jestem przekonany, że tym zawałem, zabrała mnie Mateńka z drogi, bo na pewno miało się coś stać złego.
Teraz mam dużo czasu, uczestniczę w odnowie w Duchu Świętym, wstąpiłem do Modlitwy Rodziców w Róży za Dzieci Nasze. Należę do Margaretki, a w niedługim czasie przejmę modlitwy żywego różańca. Już widzę swój dzień od wiosny.
Wstaję rano: mówię wszystkie modlitwy, odmawiam cały różaniec. Wstaje żona, witam ją serdecznie. Jako kaleka biorę się za pracę na działce, kontrola oczka wodnego, włączam pompę wodną, aby spod Mateńki zaczęła wypływać woda małym strumyczkiem i małym wodospadem do oczka. Pilnuję, aby trawa nie urosła zbyt wysoka. Patrzę, czy kwiaty maja kwiaty z danego gatunku, czy ktoś w nocy nie pozmieniał? Czy konwalia ma konwalie, a nie krokusa na przykład, a kaktus nie ma kwiatu róży? Później ,lekko zmęczony, udaję się na wspaniały obiadek, jaki przyrządzi moja żona Usia. Po południu coś podlać, utrzymać żonkę w dobrym nastroju, do kolacji nacieszyć się spotkanymi ludźmi i sąsiadami, aby następnego poranka ujrzeć uśmiech na wszystkich twarzach. Na zakończenie dnia uśpić żonę i w ciszy i zadowoleniu z całego dnia usiąść do modlitwy. I tak dopóki Bóg pozwoli, obijać się na tym świecie i pocieszać innych. Obecnie ledwo poruszam się o kulach, jestem po dwóch zawałach serca, ale mimo tego, miłości w nim jest sporo. Wystarczy dla każdego, kto jej potrzebuje. Czekam na operację, stawu biodrowego, może jeszcze mnie z reperują i będę mógł poruszać się, spać siedzieć bez bólu. Jak Bóg da, to może jeszcze się odezwę? Powierzam wszystkich czytelników Maryi.
Dziękuję Duchowi Świętemu za natchnienie przy pisaniu tych wspomnień.
Johnny


18-03-2011 Jestem po operacji oraz po komisji lekarskiej która orzekła całkowitą niezdolność do wykonywania pracy. Ufam Mateńce że mną po kieruje, dziękuję Ci Panie.
Dziękuję siostrom i braciom z Odnowy za Mszę św. i modlitwę.

Nadeszła noc 12 na 13-06-2011r. Miałem sen, że znajduje się w parku z dużymi drzewami. Przywieźli mnie jakimś małym autem, lecz wiem ,że mam odjechać jako kierowca nowym autobusem , gdzieś bardzo daleko. Zauważyłem ,że nadchodzi moja chrzestna matka z moją kuzynką Krysią z Wałbrzycha. Nie idą do mnie, lecz w kierunku przystanku autobusowego. Spojrzałem na ludzi tam siedzących. Była tam moja żona ,dzieci, cała rodzina. Ten przystanek jest inny. Wygląda jak baldachim, na ziemi rozłożony zielony dywan , a na dywanie ławki, na których oni wszyscy siedzą. Podeszła do mnie chrzestna i kuzynka, żegnają się ze mną. Mówię: co wam odbiło, zamiast przywitać ,to się ze mną żegnacie, po co te kwiaty. Podchodzi jakiś facet do autobusu, którym mam jechać. Doszedł do okna ,przy którym siedzę, jedynego w tym autobusie i mówi, że musi go zamknąć. Wychyliłem się przez to okno, u dołu była firanka z koronki czarnej, na jakieś 10 cm. ubrudzona ziemią. Mówię do faceta: poczekaj, wyczyszczę tę firankę , przecież nie pojadę w trasę z taką brudną, skończę, to zamkniesz .I tak się stało. Po zamknięciu tego okna znalazłem się na zewnątrz, podbiegłem do chrzestnej i kuzynki. Pytam: gdzie idziecie, idźcie do nas do domu, ale one mnie nie słyszą, nie widzą. Biegnę do żony i pytam, dlaczego nie idziecie wszyscy razem? Lecz ona też mnie nie słyszy, nie widzi. Zatrzymałem się i powiedziałem sam do siebie: niech idą, a ja jadę w trasę. Obróciłem się w kierunku mojego autobusu, ale nie było go . Na tym miejscu stała tylko trumna z tabliczką. na której było moje nazwisko i imię. To nie był park tylko cmentarz z pięknymi dużymi drzewami ,a przez ich korony przebijały promienie słońca. Rozejrzałem się wkoło i obudziłem się o 7,45. Zaspałem i nie zdążyłem zmówić różańca jak co dzień rano. Zmówię po powrocie.
Myślę, że to przestroga, aby ciągle być gotowym, bo nie znamy dnia ani godziny.

Jest noc z 22 na 23-06-2011r. Mam sen, że pracuję na wielkiej budowie. Jest tam dużo wykopów, brudnej wody, ludzie chodząc zapadają się powyżej kostek w tym błocie. Mieszkaliśmy w 10 osobowych pokojach . Ludzie byli zagubieni, my w naszym pokoju trzymaliśmy się razem. Było miło ,chociaż nieraz patrzyli na siebie nieufnie. Pracowaliśmy tam długie lata ,ale zawsze była myśl o powrocie do domu. Lecz nie wiedzieliśmy gdzie jest ten dom i kto w nim na nas czeka. Nadszedł ten czas, wszyscy wzięli swoje bagaże i ruszyliśmy do autobusu, który stał jakieś 5 km. od nas. Uszliśmy 2 km. Zauważyłem, że nie mam swego bagażu, ten bagaż nie wiem dlaczego ale był bardzo ważny, musiałem zawrócić. Wszedłem do mojego pokoju. Byli już tam inni pracownicy. wziąłem swój bagaż. Nad moim łóżkiem był rozłożysty kwiat. Ruszyłem do autobusu na skróty. Wszedłem na duże gospodarstwo. Nie było tam ludzi ,chociaż obawiałem się ich, bo byłem na obcym terenie. Wkoło było ogrodzone, a ja obrałem kierunek na wprost ,aby zdążyć na autobus. Moi koledzy poszli na około. Droga ich była w kształcie podkowy .Spotkałem tam tylko owieczki, szły prosto , tak jak ja, lecz brama na wprost była zamknięta. Ogrodzenie było wysokie na około 5 m. Bałem się, że nie zdążę na autobus. Usłyszałem piękny śpiew dzieci , który nadchodził od lewej strony. Zastanawiałem się, jak oni tam weszli. Może tam jest wejście, ruszyłem w tamtą stronę .Dzieci w tej zieleni nie widziałem, ale śpiew cudowny brzmiał nadal. Ujrzałem wreszcie bramkę wejściową, bardzo wąską i niską, lecz byłem przekonany, że przez nią przejdę .Podszedłem do bramki ,pochyliłem się nisko przełożyłem najpierw bagaż i przechodząc, widzę czyjeś gołe stopy i słyszę głos: już doszedłeś, jesteś na miejscu. Podnoszę powoli głowę i widzę drogę, do której miałem dojść. Patrzę wyżej ,a to stoi Jezus uśmiechnięty w czerwono białym odzieniu. Obudziłem się. Ciężko było w tej pracy, ale zakończenie cudowne ,jak ten śpiew dzieci.


Jest piątek 01-07-2011 kończę wymianę błotników przy samochodzie na działce, jestem tam z moim psem. Pada rzęsisty deszcz .Jestem przemoczony, lecz chcę już dokończyć tę robotę. Zostało mi podniesienie na lewarku, wyjęcie klocka i założenie koła. Jest godzina 18,30, nadal pada deszcz. Podnoszę samochód na lewarku, kładę się pod niego, aby wyjąć klocek, który znajduje się pośrodku samochodu. Ktoś do mnie powiedział :wyjdź szybko. Nie zastanawiałem się ani chwili, wysunąłem się spod samochodu w ułamku sekundy. Jeszcze leżąc obok ,bo nie zdążyłem się podnieść, zostałem uderzony w głowę błotnikiem. Odbiło mnie, samochód leżał na ziemi, lewarek złamał się, wygięło śrubę lewarka. Gdybym nie wysunął się szybko, samochód spadłby mi na głowę. To by był koniec, nie pamiętam, czyj to był głos, kobiety czy mężczyzny, który kazał mi wyjść. Lecz nikogo przy mnie nie było, Przeżyłem chwilę strachu, a po chwili radości, ponieważ doszedłem do wniosku bardzo szybko, że w ostatnim śnie Jezus pokazał mi ,że jest na mojej drodze, a teraz na jawie ,że nie opuszcza mnie. Dał do myślenia
Bądź zawsze ze mną a nic złego nie może ci się stać. CHWAŁA PANU


Dziękuję Bogu za te doświadczenia ,które przeżywam we śnie i na jawie.

Chociaż po wszystkim zawsze z dreszczykiem.
Jest 05-07-2011 wtorek godzina 21,00 .wróciłem z kościoła, byłem na odnowie w Duchu Świętym. Podczas modlitwy nasunęła mi się na myśl liczba 10. Skojarzyła mi ostatni sen, gdy za wąską bramą spotkałem Jezusa, spojrzałem na datę tego snu i na datę wypadku z samochodem. Minęło 10 dni tak jak było 10 łóżek w tym ostatnim śnie, nad moim łóżkiem tylko rozkwitał ogromny kwiat. Zostawiam to bez komentarza. Jedyny Bóg wie ,co to oznacza. Szczęść Boże.

Jest 19-09-2012rok, godzina 21,00 środa. Jestem na mojej działce rekreacyjnej w Leszczynie w przyczepie kempingowej sam. Łapie mnie ogromny ból w prawej pachwinie łącznie ze stawem biodrowym w którym mam wszczepioną protezę, upadam na podłogę ból zwija mnie w kłębek robię się cały mokry z bólu, nie wołam bo nikt mnie nie usłyszy, nie wytrzymuje i krzyczę, Święty Janie Pawle drugi mój przewodniku do pomóż bo nie wytrzymam proszę. Poczułem momentalnie mrowienie całej prawej strony, ból łagodniał w ciągu około 30 sekund wstałem całkowicie zdrowy, jeszcze wystraszony, nastąpił przyjemny głęboki przerywany oddech jak po wielkiej rozpaczy. Spokojnym już głosem powiedziałem, Boże mój dziękuję CI za Błogosławionego Jana Pawła drugiego. Mimo że krzyczałem Święty Janie Pawle drugi. Serce mi mówi że jest Święty. Dziękuję Ci Panie za ten ból. Po tym co się stało jestem jeszcze bardziej nasycony-dopełniony wiarą. CHWAŁA PANU.



Szczęść Boże. Jest 12 luty 2013 rok, jesteśmy na spotkaniu odnowy w DUCHU ŚWĘTYM,
Otrzymałem propozycje przystąpienia do Straży Honorowej SERCA JEZUSOWEGO.
Po zapoznaniu się z obowiązkami, z radością i lekkim lękiem przyjąłem tę propozycje.
Rozpocząłem przygotowania, poznawałem modlitwy i czas w jakim mam je ofiarować,
Najświętszemu Sercu Jezusa. Po jakimś czasie poczułem jakieś zmiany wewnątrz, coś
Jakby uczucie większej odpowiedzialności obowiązku i zastanowienia nad życiem.

Nadszedł 10 marzec 2013 roku, w sto pięćdziesiątą rocznice założenia Straży Honorowej
Najświętszego Serca Jezusa. A sześćdziesiątą w Złotoryi ,zostałem przyjęty do Straży Honorowej najświętszego Serca Jezusa.
Zostałem przyjęty przez braci i siostry Straży Honorowej bardzo uroczyście,



Jest 22-09-2013r. godz 03,00 na autostradzie A-30 w Niemczech ulega wypadkowi bus wiozący młodych do pracy w Holandii. 8+1kierowca, bus z impetem wjechał na pojazd jadący przed nim. Ginie 3 młode osoby 2 dziewczyny 1 chłopak 27 lat mój bratanek, nie będę opisywał opieszałości polskiej ambasady oraz polskiej policji, bo nie oto w tym idzie. 23-09-2013r. wyjechałem z moim bratem i bratową do Salzbergen w Niemczech, w celu rozpoznania ciała. Na miejscu dowiadujemy się że jedna rodzina dziewczyny była już 22-09-2013. My jesteśmy, minęła godz. 20.00, niemiecki policjant informuje nas że nie wie czy ta druga dziewczyna ma rodzinę ponieważ nikt nie kontaktował się z nimi telefonicznie, jak to wy i pierwsza rodzina uczyniła. Była to wina policji polskiej która nie poinformowała rodziny o wypadku i numerze telefonu na policję niemiecką, ponieważ ambasada poinformowała jednostki policji Polskiej powiedziałem, na 100 procent rodzice tej dziewczyny czekają na telefon od niej,
Myśląc że niema czasu zadzwonić, a ona nie żyje.

Jest noc z 25 na 26-09-2013 mam sen jestem w nieznanym miejscu, idę drogą z zielonej trawy po lewej stronie jest potężny dom dach pokryty słomą z latami na dachu jest bardzo stary, nie ma w nim okien, są tylko drzwi bardzo dużo drzwi jedne przy drugich. Przed tym domem wokół jest olbrzymia kratownica z bali drewnianych leżąca na ziemi, bale te mają około 30cm. Średnicy. A kraty o śr.1m. jest tam pochmurno, za mną w bliskiej odległości idzie koto krokodyl tułów miał kota, głowę krokodyla, cały czas próbował mnie zaatakować, odganiałem go kulami na których się poruszam, był czarny sierść miał wypaloną śmierdział spalenizną nie bałem się go. Przede mną szedł mężczyzna w białej sutannie . Na końcu tej zielonej drogi widzę ścianę, obwód w koło ma biały i szerokie drzwi jakby ze szkła, przed nimi było szerokie wejście z pięciu schodów, wokoło było jasno. Mężczyzna ten chodził tą zieloną drogą, miał znajomy i przyjazny wyraz twarzy, jak gdyby go wszyscy znali takie uczucie. Za tymi drzwiami poruszały się cienie ludzkich postaci, jak by na kogoś czekały. Przed domem naprzeciw swoich drzwi w pierwszej pozycji stoi dziewczyna ze spuszczoną głową i bardzo smutną twarzą, w drugiej pozycji stoi mój bratanek Darek, normalny wyraz twarzy mówi do mnie wujek ten kot cię nie lubi, on cały czas tam chodzi. Ucieka tylko przed tym panem ubranym na biało, gdy on wraca. Mówię do Darka dlaczego ta dziewczyna przed tobą jest smutna, bo jej jeszcze drogi nie zaczęli budować powiedział. Przed nią kratownice były puste wszystkie siedem. Naprzeciw Darka 4 kratownice były wypełnione ziemią, a 3 już zarośnięte trawką, Za Darkiem stała jeszcze jedna dziewczyna, z pogodnym uśmiechem na twarzy, przed nią było 6 pól wypełnionych ziemią i 5 zarośniętych trawką. To była ich droga którą mieli pokonać, by dojść do zielonej drogi, gdy ktoś ją ukończy. Niewinem kto?. Wyglądało to tak jakby ten mężczyzna przed tym kotem przeprowadzał tych ludzi wychodzących z tego domu na zieloną drogę, do tych przezroczystych drzwi, i wracał. Zrozumiałem to tak, że te pola zapełniane są od momentu przyjazdu rodziny, ale do jakiego momentu nie wiem. czy do pogrzebu? Jestem bardzo zmęczony po tym śnie. Amen.
Jest 01-10-2013r. godz. Około 18,40 odbywa się spotkanie odnowy w Duchu Świętym. Jest wystawienie Najświętszego Sakramentu, zagłębiłem się w modlitwie, otrzymałem odpowiedz czy wyjaśnienie snu, Nie wiem jak to nazwać, Ale teraz wiem, że te puste kraty wypełniane są naszą modlitwą. Że te dusze mogą tylko tą drogą przejść, do tej zielonej drogi, z której zabierze ich ten znany wszystkim ubrany na biało mężczyzna. Prowadząc ich do tych czekających na kogoś cieni i uchroni przed tym obrzydliwym kotem. Amen.
Online
Gości: 3, Użytkowników: 0 ...

Najwięcej online: 42
(Użytkowników: 0, Gości: 42) dnia 17 cze : 04:38

Użytkowników: 33
Najnowszy: ALEKSANDRA
Wybór języka


Licznik
Dzisiejsze odwiedziny tej strony...
ogółem: 13
unikalnych: 8

Dotychczasowe odwiedziny tej strony...
ogółem: 30922
unikalnych: 17630

Wszystkich odwiedzin serwisu...
ogółem: 106310
unikalnych: 40473
Serwis ten oparty jest na systemie e107, który rozpowszechniany jest zgodnie z warunkami licencji GNU GPL.
 
Katalog Polskich Stron Internetowych
katalog stron KPS.PL